Słowo ciałem się stało

Ostatnimi czasy jestem wybitnie przewrażliwiona na słowo „świdrujący”*.

bezlitosna interpretacja słownika PWN

Spisek to jaki czy co (czyj spisek? w jakim celu zawiązany?), ale w każdej czytanej niedawno książce napatacza się na mnie to słówko. Niewinnie tkwi w środku zdania i udaje, że nic się nie stało. Siedzi wygodnie. Nawet pasuje, ba, niemal zawsze dogaduje się z całym akapitem i tylko ta chorobliwa podejrzliwość każe mi się za każdym razem dziwić: znowu ty? jak to?

Bo gdy dobrze się zastanowić, cała sprawa wydaje się ogromnie dziwna. Niepozorne słowo, które z taką maślaną łatwością można zastąpić innym, by daleko nie szukać, na przykład „przenikliwy” czy „przeszywający” stoją w pełnej gotowości, z upodobaniem jest stosowane w niemal każdej książce. O ile nie dziwi to wcale przy użyciu takich słów jak „cisza”, „poranek” czy „mieszkanie”, o tyle – przyznajcie sami – takie „świdrujący”? Choć raz ktoś musi świdrująco spojrzeć. Choć raz świdrującym wzrokiem ktoś coś musi otaksować. Już bohaterowie nie są przenikliwi. Już tylko świdrują i świdrują. A by choć trochę podłubali. Ale nie. Świdrowanie im tylko w głowie.

Na swoje własne (wiem, to egoizm) potrzeby ukułam nawet teorię. Zakłada ona, że jest to jedno z żywych słów. Żywych, czyli takich, które potrafią zmartwychwstać z kart książki i przemieszczać się pomiędzy różnymi tomami w zależności od tego, co czytam. Różne poczyniłam również założenia odnośnie dróg i sposobów przechodzenia słowa „świdrujący” z egzemplarza do egzemplarza. Jedna z hipotez hipnotyzuje mnie najbardziej: „świdrujący” w swobodnym dryfie podróżuje, stając się w swym zawieszeniu całkowicie niewidzialne. Nie ma zapachu. Nie emituje dźwięków, przynajmniej stara się żadnych nie wydawać, choć czasem bzyknie jako ta najprawdziwsza mucha i aż się człowiek zamachnie, odgoni niby-owada. Ale to rzadka nieostrożność, mylona zresztą z własnymi majakami i innymi codziennymi odchyłami od tzw. normy. Ożywione słowo koncentruje wszystkie swoje wysiłki na tym, aby w porę osadzić swój podłużny korpus, wszystkie swoje literowe człony na stronie książki, zanim zauważę zamieszanie z rozmieszczaniem mrowich nóżek, tułowi i ogonków.

Najpierw to ciągłe świdrowanie ze stron książki było – nie powiem – zabawne. Trzy książki pod rząd – no trudno, stało się. Ale już czwarta budzi niepokój. Piąta buduje pytanie, jeszcze zanim rozpocznę czytanie. Szpieguje mnie tu słowo świdrująco. Chce mnie doświdrzyć i prześwidrować. Utrapienie z nim. Rzecz rodem z absurdalnego kryminału. Nie sposób zignorować.

A jak jeszcze dodam, że książki chcą mnie zakląć w „kłębek”? Czy tego nie będzie już za wiele?

*Dziwnym zbiegiem okoliczności moment początkowy nadobecności słowa  związany jest z zamążpójściem za p. Świderskiego. Ale nie doszukuję się w tym żadnych powiązań. Skądże.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Słowo ciałem się stało

  1. Pisząc te słowa, jestem przeraźliwie głodna, dlatego moje pierwsze skojarzenie to „makaron; świderki!”.

    Ten świdrujący głód świdruje mój żołądek.

    Zauważyłam, że słowa są jak produkty show-biznesu; na wiele z nich przychodzi po prostu moda. I tak, do egzotycznie brzmiących „tudzież”, „bynajmniej”, etc., czyli słów, których znajomoscią można się chwalić (pomimo braku pojęcia o rzeczy najważniejszej – znaczeniu), doszedł „śwodrujący”.

    Co nie zmienia, niestety, faktu, że nadal odczuwam świdrujący głód ;).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s