Ostatnia noc z Johnem Irvingiem

O tym, że nie przepadam za sposobem, w jaki prowadzi opowiadanie John Irving, przekonałam się już jakieś 10 lat temu, mając w ręku jego, zdaje się, najsłynniejszą książkę „Świat według Garpa”. W pamięci został mi jakiś zamglony obraz stosunku seksualnego, ale widać niezbyt podniecającego, gdyż książkę po paru stronach odłożyłam.

Ostatnia noc w Twisted River, J. Irving

Odłożyłam Johna Irvinga i nie spotykałam się z nim przez długi czas. Kiedy jednak Wydawnictwo Prószyński i S-ka zaproponowało mi przesłanie egzemplarza „Ostatniej nocy w Twisted River”, wzruszyłam ramionami i mruknęłam do siebie: „A co mi tam, przeczytam”.

Takim oto sposobem stałam się posiadaczką pękatej książki w białej okładce i czytelnikiem irytującego autora. Tak, nie trzeba przecierać oczu, wystarczy jeszcze raz przeczytać: irytującego. Rany, jak drażnił mnie Irving!

Drażnienie to jednak miało w sobie coś z przekomarzania. W gronie przyjaciół zawsze znajdzie się ktoś, kto nas irytuje, ale mimo to spotykamy się z tą osobą i nawet sprawia nam to przyjemność. Trochę tak jest z Irvingiem. Ale do rzeczy.

„Ostatnia noc w Twisted River” ma świetne pierwsze zdanie. Owo „Młody Kanadyjczyk, który nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat, za długo się wahał” prawie namacalnie wciąga w opowieść. A opowieść jest prosta jak przechylona sosna. Mieszkający przy tartaku kucharz z synem, stają się sprawcami tragedii. Bojąc się jej konsekwencji, biorą nogi za pas i ruszają w podróż po amerykańskich miastach, które początkowo dając im iluzję domu i bezpieczeństwa, po pewnym czasie stają się ryzykowne i przeganiają ich w dalszą drogę. Aż skrzy się od banału. Szczęścia, rozstania, nieszczęśliwe związki, samotność i pragnienie towarzystwa, przyroda i hałaśliwe miasta, obcokrajowcy i Indianin – czego tu nie ma! Ciągle nowe początki i wciąż sprawnie zastawiane przez Irvinga pułapki fabularne, wiodą bohaterów przez sieci dróg i dziwne zbiegi okoliczności, prowadząc ich przez zmienne koleje losu, posiadanie potomstwa oraz patelni, aż do śmierci.

Czyta się szparko i bystro.

Ale książka ta pozbawiona jest większej głębi. Ale Irving traktuje czytelnika jak głupka. Ale widać szwy pisarskie. Ale mam zbyt wielką świadomość tego, że Irving jako pisarz podchodzi do pisania zbyt rzemieślniczo, zbyt przemyślanie, zbytnio obrachowując słupki sprzedaży.

Głębia? Nauczka? Banalne. Życie toczy się dalej, cokolwiek by się nie wydarzyło. Sprawiedliwości stanie się zadość. Wszystkie wątki się zamkną, a historia zatoczy koło. Tak już musi być, twierdzi Irving i kiwa głową, jakby pozjadał wszystkie rozumy. A nie pozjadał. (Choć o jedzeniu – zgodnie z obecną modą na interesowanie się jedzeniem i wykwintnym gotowaniem – jest sporo). Opowiadana przez niego historia jest sprytnie zmontowana – z premedytacją ma utrzymać w napięciu i w ciekawości, z czego trudno robić zarzut. Gorzej jednak, gdy siedząc na widowni widzi się królika, którego magik trzyma w pogotowiu pod stolikiem. Zbyt wyraźnie widziałam te cięcia w opowiadaniu, przerywanie w pół zdania, reminiscencje jako sposoby na zniewolenie czytelnika. Widząc je, nie mogłam poczuć się tą prozą zniewolona. Bardziej rozbawiona z lekko złośliwym zabarwieniem.

Pół biedy to. Powiedzmy, że taki styl gatunku (o czym jeszcze za chwilę napomknę). Ale prawdziwe poirytowanie ogarniało mnie, ilekroć Irving czuł potrzebę przypomnieć głupiemu czytelnikowi, że jeden z bohaterów jego książki jest pisarzem. Zwroty w rodzaju „Danny jako pisarz powiedział”, „Danny jako pisarz pomyślał” przewijały się uporczywie przez ponad 400 stron i „Danny jako pisarz” wkurzał mnie pod koniec już potężnie. Obserwacja: o ojcu owego Danny’ego Irving nie pofatygował się ani razu napisać „Angel jako kucharz”. Zacytuję Murakamiego: ciekawe dlaczego.

Na koniec kwestia gatunku i porównań. Pewnie nie czepiałabym się tej nieszczęsnej książki tak bardzo, gdyby nie była przedstawiana na skrzydełkach okładki we fragmentach recenzji jako „wnikliwa, kunsztowna, majestatyczna” (nie zgadzam się z żadnym z tych epitetów) czy też gdyby nie zestawiano jej z książkami takich pisarzy jak Dickens, Melville czy Updike. „Ostatnia noc…” nie umywa się do prozy klasyka i mistrza Dickensa, konstrukcja jej zdań nie przypomina ani trochę tych autora „Moby Dicka”, a Updike, choć za nim też niespecjalnie przepadam, jest znacznie inteligentniejszym psychologiem i o wiele lepszym operatorem słowa. Co miał autor recenzji z „Independent” na myśli – oprócz może objętości książki … – do tej pory Janowicz nie oświeciło.

Reasumując, Irving jako pisarz mnie nie zachwyca i nie ekscytuje. Jako czytelnik przeczytam z przyjemnością, jednak nie bez rozbawienia. Jako recenzent kręcę na niego nosem.

Książka „Ostatnia noc w Twisted River” została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

John Irving, Ostatnia noc w Twisted River (oryg. Last Night in Twisted River)
Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010

Advertisements

7 uwag do wpisu “Ostatnia noc z Johnem Irvingiem

  1. Pozwolę się nie zgodzić i wdać w małą polemikę;)

    Po pierwsze, bidny Irving, zawsze jest przez jakiegoś recenzenta na skrzydełkach kolejnych powieści porównywany do „znanych” nazwisk w literaturze. Gdy pisze o Dickensie, od razu krzyczą: nowy Dickens! Ale czyż to jego wina? Teraz, o ile dobrze pamiętam, pisał właśnie o autorze Królika i chyba Vonnegucie. Padło jeszcze kilka nazwisk, ale już nie pamiętam. Melville’a tam też przypadkiem nie było?
    Toż to pójście na łatwiznę: recenzent zobaczy nazwisko w tekście i hulaj dusza: mamy nawiązanie, które jakże pięknie wygląda na okładce! Śmiem twierdzić, że to znaczne uproszczenie. Tylko, czyż winny tu Irving?

    Po drugie: sformułowanie „Danny jako pisarz” stoi w opozycji do Danny’ego. Nagromadzenie owych „pisarzy” może irytować, tu się zgodzę, ale czy to nie kwestia ciągłego podkreślania, jak z rzeczywistością radzi sobie pisarz? jak ją przetwarza? Jakie szamańskie tańce nad życiem wyczynia? Pada gdzieś zdanie, iż Danny (nie pisarz) żywił ciągłe obawy o życie najbliższych a, i przepraszam z góry za sformułowanie, pisarz Danny w książkach przetwarzał wszystkie możliwe najgorsze scenariusze. Tak, jakby w ten sposób chciał odczarować świat realny, obronić się przed ewentualnym ciosem, zapobiec mu? A może nawet przygotować na tenże?

    No i szczerze mówiąc, nie rozumiem zarzutu o reminiscencji. Dlaczego ten zabieg jest przez Ciebie postrzegany jako sztuczka? To znaczy rozumiem, ze z gustami się nie dyskutuje, i wiem, że ten chwyt może Cię nie przekonywać, tylko nie rozumiem czemu uważasz to za dowód na nieporadność Irvinga? Co jest takiego w reminiscencji, że jest tak potraktowana po macoszemu?

    Zgodzę się z kolei, że Irving ma pociąg do banalnych prawd, przekazywanych niczym objawienie. Mnie tez to drażni.
    Wiem też, że owo fabularne zagęszczenie jego utworów nie zawsze wychodzi książce na dobre.

    Może tak lubię powieści Irvinga, za to, że proza życia miesza się u niego z groteską? Że przez to potrafi mnie zaskoczyć? Lubie go tez chyba za to, ze jego bohaterowie są po ludzku niedoskonali: bywają tchórzliwi, samolubni a przy tym również oddani rodzinie, poświęcający się dla bliskich. Banał? Owszem. Ale moim zdaniem, Irving pięknie pisze o banałach.
    Pozdrawiam:)

    1. z przyjemnością przeczytałam opis Twego czytania Irvinga, bo ja go nie lubię czytać od pierwszej książki, chyba tej o Garpie,
      i to jest takie zawiedzione nielubienie, właśnie dlatego, że widać szwy i że banał, i że szkoda
      pozdrawiam, dawno nie szukałam tu czytania dla siebie, ale właśnie szukam:)

    2. Inblanco, cieszę się, że sobie pozwoliłaś :)

      Czy taki biedny ten Irving? Nie jestem pewna. Jasne, nie on siebie kreuje na autora bestsellerów, którego próbuje się sprzedać jako nowego autora wybitnego. Nie jego biedaka wina, że wyjeżdżają tu z Dickensem, Updike’iem czy (tak, pojawił się tam, jak i również w mojej recenzji) Melville’m.
      Nie jego wina również, że do nich nie dorasta. Jego książka kojarzy mi się z Kingiem, do którego też został porównany przez jednego z recenzentów, bardzo sprytnie to łącząc z Melville’m. Nie powiem: dość zaskakujące połączenie stylów jak na jednego biednego autora.
      Ale to nie jego wina. Ok. Przyznaję.

      W Twojej interpretacji sformułowania „Danny jako pisarz” widzę sporą nadinterpretację. Rozumiem, że Irving chciał właśnie to nam zasugerować, to, czyli tę różnicę w postrzeganiu świata między zwyczajnym obywatelem USA (a potem Kanady) Dannym a Danny’m pisarzem. Ale w ciągłym tego powtarzaniu, w mieleniu wciąż tych samych ziarenek Irving jako pisarz drażni – i to drażni jak cholera. Nie potrzebuję tych jego wskazówek, wyciągniętej z lekka włochatej ręki (sądząc po zdjęciach autora włochatej), ciągłego wkładania mi tej różnicy do głowy. Jestem w stanie sama się tego dopatrzeć. Tym ciągłym przypominaniem, że „Danny jako pisarz” ukazuje Irving, że myśli, że pisze dla głupiego czytelnika, który nie zrozumie, dopóki wprost mu się nie powie. Więc mówi, mówi, mówi. Ba! Może i to nie jest wina Irvinga. Może to wydawca podpowiada mu, żeby pisał tak, aby zwyczajny czytelnik zrozumiał. Ale czy dobrze świadczy o Johnie I., że mu się poddaje? I to w takim stylu?

      Nie mam nic przeciwko samym reminiscencjom. W innych książkach je lubię. Nie napisałam, że po tych fragmentach książki Irvinga uważam, że jest on nieporadny. W ogóle nie uważam, że Irving to pisarz nieporadny. Wręcz przeciwnie: bardzo biegły w tym, co robi. Sprytny. Znający triki. Sposoby na przykucie uwagi. Koleś mógłby pracować w agencji reklamowej i wymyślać slogany. Byłby w tym naprawdę dobry! Tylko że widzę ten szew i widzę jego wysiłek w przykuciu uwagi. Uwaga moja powinna – w sytuacji bliskiej ideału i idealnej – być tak skutecznie przykuta, że nie widzę, jak się ją przykuwa (słowem, zabiegiem, fabułą czy kajdankami). A tu widzę i na dodatek odczuwam sporą powtarzalność. Teraz zaprowadzam bohatera na skraj ostateczny, niech stoi w rozkroku nad przepaścią – spadnie czy nie spadnie? Dowiesz się zaraz, za chwilę, gdy tylko przeczytasz 50 stron jego wspomnień. I ok, gdyby tak wydarzyło się Irvingowi jako pisarzowi raz. Ale on magluje ten chwyt przez całą książkę. Wciągnąłeś się? Chcesz wiedzieć więcej? Przeczytaj jeszcze i to, a ja podkręcę atmosferę.
      Bardzo to wszystko „marketingowe”.

      Właśnie tego „pięknie o banałach” brakuje mi u Irvinga. W ogóle w nim nie widzę piękna, tu mnie boli.

      Pozdrawiam serdecznie :)

  2. Irvinga nie czytałam jeszcze nic, za to pochlebnych recenzji sporo. Twoja podkopuje już i tak wątłe zainteresowanie jego twórczością, choć pewnie z czasem sięgnę po którąś z jego powieści, żeby wyrobić sobie o niej własne zdanie.
    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s