Karaibska dekadencja Thompsona

W tym odcinku blogowym: co myślę o „Dzienniku rumowym” Thompsona. Aż tyle i tylko tyle.

1.

Jest coś świeżego i rześkiego w pierwszych godzinach karaibskiego dnia, radosna zapowiedź tego, że coś może się lada chwila zdarzyć, może po drugiej stronie ulicy albo za następnym zakrętem. /s. 224

Hunter S. Thompson, Dziennik rumowy

Jest coś świeżego i rześkiego w tej książce Thompsona, bez względu na to, czy czyta się ją w promieniach polskiego siebie niepewnego słońca, czy głęboką nocą w blasku lampy. Hunter, samozwańczy doktor dziennikarstwa, autor znany już z „Lęku i odrazy w Las Vegas”, tym razem spokojniejszy, choć i tu pesymistyczny; lubiący wypić, ale nie opisujący odjazdów we fluorescencyjnych barwach; wpasowujący się w światek dziennikarskich outsiderów, ale wciąż pozostający na zewnątrz tych

młodych gniewnych narwańców, którzy chcieli rozsadzić świat i zacząć wszystko od nowa, [i (…)] zmęczonych staruszków o piwnych brzuchach, życzących sobie tylko tego, by dożyć swoich dni w spokoju, zanim ta zgraja szaleńców rozerwie świat na pół. / s. 11

Stworzony przez niego protagonista, Paul Kemp, amerykański dziennikarz, już od dziesięciu lat regularnie zmienia pracę i miejsce zamieszkania. Z dwoma marynarskimi workami jeździ po świecie, pozornie nie potrzebując niczego stałego i powtarzalnego. Picie, przygodny seks i lajtowa (sic!) praca w redakcji na Karaibach – to jego sposób na życie. Bynajmniej jednak nie jest to przepis na szczęście, w które Kemp zwyczajnie nie wierzy:

– Szczęśliwa – mruknąłem, starając się pojąć znaczenie tego słowa. Ale to jedno z tych słów, których nigdy do końca nie rozumiałem. Tak jak Miłość. Większość ludzi trudniących się słowami nie pokłada w nich zbyt wiele wiary i ja nie stanowiłem wyjątku – zwłaszcza w przypadku tych wielkich. Szczęście, Miłość, Uczciwość czy Siła – to słowa za bardzo ulotne i względne w porównaniu z ostrymi, wrednymi słówkami takimi, jak Gówniarz albo Tani, albo Pozer. Z tymi czuję się jak w domu, bo są kościste i łatwe do pojęcia, lecz co do tych wielkich – trzeba być księdzem albo głupcem, by używać ich z choć odrobiną pewności siebie. / s. 70

Proza Thompsona – pełna werwy i nieobliczalnych sytuacji – przesiąknięta jest smutkiem i głębokim niespełnieniem. Choć okoliczności przyrody sycą oczy dziennikarza, a poza zarobieniem jakiejś wystarczającej na życie kasy nie ma żadnych ambicji zawodowych, pojawia się w nim – czemu wnikliwie i z pewnym zdumieniem sam się przygląda – chęć osiągnięcia małej stabilizacji: własnego mieszkania, śniadań jedzonych w domu, normalnej partnerki. Jednak ani sytuacja w redakcji (jakże trafnie opisanej pod względem typów dziennikarzy, atmosfery i pracy – taką redakcję pamiętam z własnych doświadczeń), ani impulsywni przyjaciele nie pozwalają mu na uporządkowanie swojego życia i spokojne picie drinków na balkonie z widokiem na palmy.

2.

Potem nadchodziło południe i ranek rozwiewał się jak zagubiony sen. /s. 225

Im dalej w las (czy raczej gaik palmowy), tym smutniej. Pomimo poczucia humoru Thompsona. Pomimo cierpkości i ostrych portretów. Pomimo słońca karaibskiego. Tym smutniej, ale i wnikliwiej. Ta książka wydaje się o wiele bardziej dojrzała niż „Lęk i odraza…”. Pewnie dlatego, że Thompson nie szafuje grami swojej naćpanej wyobraźni, a tylko opisuje rzeczywistość taką, jaką widzi na co dzień. I to jest na swój sposób piękne.

3.

[Aby dotrwać do zmroku i wygnać duchy za pomocą rumu] często wolałem nie czekać i zaczynałem pić już w południe. / s. 225

Kończąc karaibską przygodę z Thompsonem, jest mi żal Kempa, skazanego na tę wieczną samotną tułaczkę z butelką rumu pod pachą. Skazanego, ponieważ należy do opisanego przez siebie gatunku dziennikarza-włóczęgi:

Niektórzy byli bardziej dziennikarzami niż włóczęgami, inni bardziej włóczęgami niż dziennikarzami – ale, jeśli nie liczyć kilku wyjątków, tworzyli grupę wolnych strzelców, pracujących na pół etatu korespondentów zagranicznych, którzy z tego czy innego powodu żyli w znacznej odległości od dziennikarskiego establishmentu. To nie układni pracusie i bezmyślni potakiwacze, zatrudnieni w omszałych gazetkach i agencjach prasowych imperium Luce’a. To zupełnie inny gatunek. / s. 13

A takim jak on nie jest pisany spokój i udomowienie, tylko nienasycenie, ciągłe poszukiwania (kogo? czego?) i dekadencja, która jest dla nich jak laska, na której będą opierać się przez całe życie, idąc naprzód czy kręcąc się w kółko.

Książka „Dziennik rumowy” została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez wydawnictwo niebieska studnia.

Hunter S. Thompson, Dziennik rumowy (ang. The Rum Diary)
Przełożył Krzysztof Skonieczny
Wyd. niebieska studnia, 2010

Reklamy

8 uwag do wpisu “Karaibska dekadencja Thompsona

  1. ciekawe co piszesz – wiesz, ze „the rum diary” to pierwsza powiesc HST, ale wydana jako ostatnia?:) napisal ja w wieku dwudziestu paru lat:)

    1. wiem, że pierwsza. zostałam o tym poinformowana :)
      tym bardziej mnie dziwiło, że dojrzalsza od późniejszego „Lęku”. Pisząc dojrzalsza, nie mam jednak na myśli oceny gorsza, lepsza. Po prostu – inna. Choć widać tu już Thompsona, którego poznałam wcześniej, a którym on został później.

  2. ryzykujesz też z tym poczuciem humoru – to już trzeci przekład na polski HST, trzeciego tłumacza, który nie spełnia moich oczekiwań, gdzie dowcip Thompsona gubi grę słów, kontekstów, to specyficzne „coś”.

    z HST trochę jak z Szekspirem, żeby smakować, trzeba czytać oryginał – tam dopiero „czuć” poczucie humoru!

  3. I pomysleć moje pierwsze spotkanie z Hunterem filmowe dzięki T. Gilliamowi kazało mi wierzyć że jest to postać fikcyjna. Rum Diary nie jest aż tak szalony jak Las Vegas.
    Próby mierzenia się z mistrzami (Conrad), tropiki, ich senność. Spojrzenia wstecz.
    Po lekturze pozostał niedosyt a sama postać Thompsona zyskała.

  4. Troche mi sie ciezko przegryzc przez kilka slow tej recenzji. Przede wszystkim dlaczego ta ksiazka jest „dojrzalsza”? Czy dojrzalsza naprawde znaczy inna? Po co w takim razie uzywamy slowa, ktory niezbyt uzywane jest jako eufemizm tego pierwszego? Nie widze w tym sensu, ale ok.

    Najbardziej absurdalnym wydaje mi sie jednak brak wyraznego podkreslenia we wszystkich recenzjach, ze byla to pierwsza ksiazka Thompsona, ktora 40 lat spedzila w szufladzie, gdyz nikt nie chcial jej opublikowac :) To tlumaczy slabosc stylu i nieporadnosc fabuly, jak tez wyjasnia samo w sobie brak wyraznego charakteru glownego bohatera – Thompson byl wtedy mlodzieniaszkiem. I od tego nalezaloby zaczac…

    Dodam tylko, ze w swoich nastepnych ksiazkach Thompson takze opisywal rzeczywistosc, jaka widzial na codzien i byly to opisy o niebo lepsze i nasaczone dawka ostrej, jak noz refleksji, ktorej tutaj brak. Z ksiazki wyziera po prosu amatorszczyzna debiutanta i w porownaniu z ksiazka tj. „Fear and Loathing on a Campaign Trail ’72” (najwazniejszym dzielem pisarza), to jest ledwie odrywanie sie od ziemi…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s