Reportaże znad Morza Czarnego

Bezpośredni dostęp do Morza Czarnego ma sześć państw. Do każdego z nich przyjeżdża co najmniej jeden autor. Każdy z nich widzi morze i jego porty z innej perspektywy. Zbiór różnorodnych refleksji tworzy książkę „Odessa transfer” pod redakcją Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman.

Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego

W atlasie Morze Czarne wygląda niewinnie, aby nie powiedzieć nijako. To błękitna plama, oblepiona i zjadana przez inne, często większe plamy: rosyjską, ukraińską, turecką, rumuńską, bułgarską i gruzińską. Różnorodność barw sprawia, że ten blady błękit gubi się, staje się mniej dostrzegalny pod ich naporem. W reportażach „Odessa transfer” plama przestaje być nieruchomym znakiem graficznym. Pod brzmieniem słów zaczyna pulsować, falować, szumieć i zlizywać historie miast stojących u jej brzegów. Ożywa i wychodzi poza wydrukowane granice.

Dzieje się tak, gdyż każdy z trzynastu pisarzy opisuje morze jako odrębnego bohatera, będącego nie raz świadkiem ich wcześniejszych doświadczeń, tłem wspomnienia czy przemyśleń.

Morze, które ze smutku stało się czarne, przemawia jako świadek zbrodni rozgrywających się na jego brzegach i w głębi kraju od czasu przekształcenia się wielonarodowego Imperium Osmańskiego w tureckie państwo nacjonalistyczne. / w: Przedmowa, K. Raabe, s. 14

Większość autorów traktuje Morze Czarne bardzo osobiście. Uwaga koncentruje się tu nie tyle na krajobrazach geograficznych i społecznych, co na własnych, często bolesnych przeżyciach autorów zaproszonych do współpracy. Porty, do których zawijamy w kolejnych rozdziałach, to nie martwe punkty na mapie, lecz żywe skojarzenia z dziecięcymi wakacjami, z tragiczną przeszłością członków rodziny (prześladowania, tortury, przymusowe prace zsyłkowe). To w dużej mierze refleksje o podróżowaniu i zmieniającym się świecie.

Nie wszystkie teksty zebrane w książce są reportażami w sensie ścisłym. Zbiór obejmuje o wiele szerszy wybór gatunków, niż tylko ten jeden. Znalazły się tu również eseje o podróżach, analiza historii Morza Czarnego w mitach (którą można nazwać przewrotnie reportażem starożytnym), opowiadania obierające miejsce akcji nad Morzem Czarnym, artykuł o tematyce ściśle politycznej, nie opisujący naocznie konkretnych wydarzeń, a strukturalizujący je od razu w podręcznikową historię powszechną. Pokazuje to nie tylko, jak różnie można rozumieć znaczenie i sens reportażu, ale i różnorodność spojrzeń każdego indywiduum: czytając o jednej jedynej Odessie, kryjącej się pod czarną kropką na mapie, otrzymujemy co najmniej kilka obrazów. Daje to coś na kształt kompleksowości. Coś i na kształt, gdyż wciąż mamy świadomość, że gdyby choć jeszcze jedna osoba pojechała do Odessy z zadaniem napisania o niej, powstałby zupełnie inny obraz, a w nas kolejna ciekawość, kolejna opinia.

Tak różna zawartość książki nie może podlec jednej globalnej ocenie. Spłaszczyłoby to ją, zaszufladkowało. Przed wtłoczeniem w gromadę uchronić chcę czterech autorów reportaży: Akę Morchiladze, Andrzeja Stasiuka, Sibylle Lewitscharoff i Mirceę Cărtărescu. Pierwszy to gruziński pisarz piszący o Batumi:

Było w tym coś z imponującego spokoju Stambułu, coś z migotliwego, sytego winem uśmiechu Gruzji i coś z rosyjskiej prostoty. A do tego po okruchu z całej reszty świata. / s. 35

Zastanawia się – uniwersalnie:

Czym dla miasta jest wieczność?
Każde z miast, które posiadły skarb wieczności, zdobyło go pewnie w sobie tylko właściwy sposób. Za jakiegoś powodu albo w jakimś celu. Otrzymały coś, co przetrwało wszystkie próby. / s.40-41

Andrzej Stasiuk, jak zazwyczaj, przemierza Europę samochodem i zatrzymuje się, aby spojrzeć, w którą stronę patrzą krowy, a także, by zamyślić się nad przeszłością, Kozaczyzną i przyszłością podróżowania:

Żyć i podróżować w czasach schyłku, to żyć i podróżować z pełną świadomością. Mówiąc “schyłek”, myślę o schyłku podróżowania. Jeszcze parę lat i nie będzie dokąd wyruszyć. Wszędzie zastaniesz otumanione egalitaryzmem masy, które postanowiły zwiedzić świat. Wszędzie napotkasz angielską klasę pracującą obwieszoną naszyjnikami z kwiatów. (…) Skończyła się trawa dla koni, kończy się benzyna do silników i kończy się ziemia do podróżowania. / s. 64

W „Wyspie szczęśliwców” Sybille Lewitscharoff tworzy bajkową wersję historii Bułgarii, w której dyskutowane są jej dalsze losy. Za formę, w jakiej potraktowała temat, i za styl, w jakim go zrealizowała, należy się jej co najmniej ta wzmianka. A Mircea Cărtărescu pisząc o Owidiuszu, zaskakująco wiele odkrywa z siebie – na tyle dużo, aby stać się jedną z moich nowych fascynacji literackich. I nie tylko dlatego, że spostrzegł, że:

Morze strasznie się zestarzało przez ledwie dwa tysiąclecia: niegdyś Wenus wychodząca z piany na rozłożonej muszli, dzisiaj zgrzybiałe kurwiszcze ze szminką na zębach, schowane za pudrową maską. / s. 129

Wizje tej czwórki mocno zapadły mi w pamięć. Pozostali, choć przyjaźni w czytaniu, nie wywarli aż tak silnego wrażenia. Warto jednak pamiętać, że każde spojrzenie niesie inne wrażenia i sięgnąć po tę książkę dla odnalezienia swoich powodów do wyruszenia w podróż nad Morze Czarne.

Książka „Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego” została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez Wydawnictwo Czarne.

Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego
pod red. Kathariny Raabe i Moniki Sznajderman
Przełożyli: Agnieszka Nowakowska, Elżbieta Kalinowska, Michał Petryk, Anna Górecka, Przemysław Kordos, Szymon Wcisło, Sława Lisiecka, Joanna Kornaś – Warwas, Dorota Stroińska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009

Advertisements

15 uwag do wpisu “Reportaże znad Morza Czarnego

  1. odczuwam ten sam problem, co stasiuk – nie ma zywcem dokad jezdzic, zeby sie czuc jak odkrywca i znalezc cisze na wlasna refleksje

    co do odessy, to dla mnie ma dwa oblicza. pierwsza to odessa ze „slawy i chwaly”: willa szyllerow, pierwsza wojna, milosc jozia i elzbietki. druga to odessa obdarzonego apetytem na zycie dziadka amosa oza. obie egzotyczne i pociagajace – chetnie bym pojechala, ale sie obawiam rozczarowania

    z niecierpliwoscia czekam az sie rozprawisz z „bialymi zebami” – ja czytalam pare lat temu i mi sie szalenie podobaly!

    1. Też myślę jak Stasiuk – nie ma już miejsc „dzikich”, do odkrycia. Ale podróżując nie tego szukam. Nie chcę odkrywać nowości w sensie ścisłym – koncentruję się na szukaniu nowego, w pewien sposób „dzikiego”, dla siebie. Uczę się lepiej patrzeć – każdy z nas i tak widzi wszystko inaczej. Dlatego podróże zawsze będą mieć sens. Tylko będzie on pewnie coraz bardziej zmieniał się pod względem swojej istoty przez ułatwianie, przez skracanie dystansu mierzonego w czasie.

      „Białe zęby” – już mogę zdradzić, choć zostało mi jeszcze około 100 stron – mnie również bardzo się podobają. wciągają… aż człowiek przegapia przystanek i za późno idzie spać.

    1. O! Wybierasz się nad Morze Czarne, Gosiu? Z której strony chcesz je ugryźć? Czyżby właśnie Odessa?

  2. Początkowo czytając tytuł Twojej recenzji przeczytałam, iż chodzi o Morze Czerwone. Z racji moich bliskowschodnich fascynacji zaciekawiłam się ogromnie. Jednakże gdy zorientowałam się, że chodzi o Morze Czarne mój zapał, o dziwo, nie osłabł, a wręcz zwiększył się.
    Bo Morze Czarne to nie tylko odmęty, które niewiele wspólnego mają z czarnym kolorem (mimo wszystko), przede wszystkim to różnorodność kultur, element rozgraniczający, a czasami łączący poszczególne narody, poszczególne kraje. Morze, które było świadkiem wielu wydarzeń historycznych, wielu kłótni, sporów. Które samo było przedmiotem zainteresowania związanego z ekspansją i chęcią powiększenia potęgi. Morze, które zapomniane, porzucone z powodu zdarzeń historii najnowszej, obecnie znowu jest zauważane i doceniane.
    Czytając Twoją recenzję bardzo żałowałam, że nie byłam nigdy w Odessie, a Morze Czarne poznałam jedynie z jego zachodniej i południowo-zachodniej strony.
    A najbardziej żałowałam, że książki, którą opisujesz nie miałam jeszcze w ręku.

    Niniejszym dziękuję za tę wspaniałą recenzję.
    Pozdrawiam.

  3. Bylam nad Morzem Czarnym dwa razy, choc zawsze tylko w Bulgarii, i to jako dziecko. Pierwszy raz, jako czterolatka, spedzilam wiele czasu siedzac na brzegu i po prostu pijac wode z morza. Wtedy Morze Czarne bylo dla mnie bezgraniczna studnia pysznej slonej wody, do ktorej balam sie wejsc, bo nie umialam plywac. Wielkie wrazenie wtedy na mnie wywarlo to morze, duzo wieksze niz gdy zobaczylam je cztery lata pozniej…

    Mnie z kolei draznia poglady takie jak ten wyznawany przez Stasiuka. Zadnych „mas” nigdy nie bedzie pelno w wielu miejscach, chocby dlatego, ze niektore narody nie zycza sobie turystow. Niech sie Stasiuk wybierze do Korei Polnocnej czy Bhutanu i obejrzy te „masy”. Nikogo nie zobaczy. Podrozowanie to nie wyscig zreszta, by jechac tam, gdzie najmniej ludzi. Nie w tym rzecz, a jesli komus wylacznie na tym zalezy – to wspolczuje takim ludziom.

  4. @Szwedzkiereminiscencje: Dla mnie kazda podroz jest inna. Zalezy od mojego nastroju, pory roku (!), miejsca docelowego i wielu innych czynnikow. Inaczej traktuje podroz, gdy istnieje jej cel (mam na mysli odpowiednik angielskiego slowa „destination”, nie cel rozumiany jako sens), a inaczej, gdy po prostu jade z miejsca na miejsce, gdy celem jest sama podroz, gdy rytm nadaje przemieszczanie sie.
    Przede wszystkim pcha mnie ciekawosc. Nie ma znaczenia dla mnie, czy przede mna miliony ludzi przebywalo w tym samym miejscu (Paryz), czy na miejscu nie spotkam zadnych turystow (malusienkie miejscowosci amerykanskie z dala od turystycznych szlakow). Wszedzie moge odkryc cos dla siebie, zebrac kolejne wrazenie. Potrafie wylaczyc sie i nie widzec tych „mas” turystow, zreszta one mi nie zawsze i nie wszedzie przeszkadzaja. Tak jak autorka blogu szukam czegos dla siebie w podrozach, „przefiltrowuje” dane miejsce, klimat, spotkanych ludzi przez siebie. Dwie osoby moga podrozowac razem, a kazda z nich jest w stanie napisac potem calkiem inna relacje z tej podrozy, tak ze nie bedzie nawet wiadomo (o ile beda unikac nazw miejsc), ze podrozowaly razem. Ale trzeba umiec sie – paradoksalnie – otworzyc i zamknac. Otworzyc na to, co nas spotyka, i zamknac na innych turystow, ktorzy moga (ale nie musza!) zagluszac to, co ma dotrzec z nowego miejsca do nas.

  5. chichiro – dziekuje za rozwiniecie mysli!

    zgadzam sie w zupelnosci z toba, ze podrozuje sie dla siebie. mnie potrzebne jest jeszcze, zeby przezyc i zauwazyc cos INNEGO i NOWEGO. dlatego nie odpowiada mi, ze wszedzie powstaja mcdonaldy – dla mnie byly egzotyczne w USA w 1981. nie podoba mi sie tez, ze ludzie wszedzie zaczynaja wygladac tak samo: powyciagane podkoszulki, plecaczek i adidasy. w biednych karajach afryki to samo plus jeszcze koszmarne czapki z daszkiem (podobala mi sie taka jak mialam 11 lat). ze w egipcie kupuje sie „egipskie” pamiatki made in china. nota bene czy to nie o tym napisala pani tokarczuk biegunow; o nieuzasadnionej potrzebie przemiestrzania sie?

    ze ludzie z jednej strony wedruja w wiekszej masie, a z drugiej nie rozmawiaja z soba, tylko krzycza do komórki do kogos gdzie indziej – albo sluchaja czegos na sluchawkach

    a jak bylam teraz, po wielu latach przerwy, na nartach w alpach, to mialam wrazenie, ze wystepuje w odcinku „pszczólki mai”. wystepowaly tam cale zastepy tak samo ubranych bojowników w helmach, uzbrojonych w sprzet narciarski. wszyscy w nowiutenskich ubraniach tych samych firm – a roznice miedzy markami byly minimalne. ja odzylam dopiero na wysokosci ponad 3000 m n.p.m., bo tam WIDAC bylo góry i nie bylo zamontowanyc szczekaczek z „muzyka alpejska”

  6. Szwedzkiereminiscencje: „Nowego” – tak. Ale wlasciwie, jak sie nad tym zastanowic, to czasem cos znajome, ale w nowym otoczeniu, zyskuje zupelnie inny wymiar. Odniose sie do Twojego przykladu z McDonalds’ami: zanim pojechalam do USA znalam te siec z Polski, Niemiec i innych krajow europejskich. Ale w Europie McDonalds zawsze jakos nie pasuje, albo pakuja go do zbyt pieknych budynkow (kamienice paryskie) albo do zapyzialych, socjalistycznych bryl warszawskich. W Stanach na prowincji zas McDonalds jest najbardziej naturalnym barem, idealnie wtapia sie w otoczenie. Ciekawostka byly dla mnie bary tej sieci w New Delhi – tam przychodzi klasa srednia, by „nowoczesnie” zjesc posilek, zupelnie zreszta inny od tego spozywanego w Stanach Zjednoczonych (chocby dlatego, ze wolowina zastapiona jest przez pikantne kotleciki z ciecierzycy). Fascynuje mnie obserwacja ludzi wlasnie w McDonaldsach w roznych krajach :) I dla mnie nawet bar, ktory – zdawaloby sie – znam dobrze, jest w nowym miejscu czyms nowym, widze go z innej perspektywy.

    Zupelnie nie widze tego, by ludzie wszedzie wygladali tak samo. Moj zarzut dotyczacy „Biegunow” Tokarczuk byl wlasnie taki, ze ona wszedzie widzi to samo, im wiecej jezdzi tym wiecej widzi podobienstw. Ja odwrotnie – im wiecej swiata ogladam, tym wiecej roznic dostrzegam. Tym wyrazniej widze, jak wszystko jest inne, poczawszy od ludzi, poprzez zabytki a skonczywszy na swiatopogladzie „tubylcow”. Nie przemawia do mnie wizja globalnej wioski, w ktorej wszyscy wygladaja tak samo, zyja tymi samymi sprawami i mysla podobnie. Widze odwrotnosc tego i stykam sie z tym na kazdym kroku. Widze wielki rozwoj indywidualnosci i ksztaltowanie sie wciaz NOWEGO – z mieszanki starych kultur tworza sie nowe, wszedzie inne, bo inne sa uwarunkowania geograficzno-polityczno-spoleczno-ekonomiczne, ludzie inaczej do tego podchodza i czerpia z nowych kultur to, co im odpowiada. A ze wielu ludziom odpowiada co innego, mamy wiec ludzi roznie myslacych, roznie wygladajacych – a zdawaloby sie, ze kazdy zyjacy w tej samej kulturze czerpie z tego samego…

  7. no widzisz – a mnie pierwsza wizyta rozczarowala, bo spodziewalam sie nie wiem czego! i od tej pory w mcdonaldsach nie bywam – takze ze wzgledow swiatopogladowych, vide „no logo”

    natomiast masz absolutna racje, ze ludzie sie dywersyfikuja. z tym, ze aby byc w jakiejs grupie nie tzreba sie nawet podnosic z krzesla, tylko wystarczy siedziec przed komputerem. czego przykladem j powyzsza wymiana mysli – bo ja w promieniu stu kilometrow nie znajde osob, z kt moglabym podyskutowac o literaturze

    dla mnie to niesie pewne zagrozenie, gdyz ludzie w podrozy nie wchodza w interakcje z otoczeniem, lecz izoluja sie w swoich enklawach: sprawdzaja mail, pisza sprawozdanie, graja on-line itp. to ja sie pytam: po co jezdzic?

    na dodatek zjawisko zwane przez lonely planet „hello mister” izoluje mnie skutecznie od autentycznosci – jestem wedrujaca góra pieniedzy i kazdy z tubylcow chce ze mnie uskrobac ile tylko wlezie. w egipcie zajelo mi tydzien wymyslenie jak sie zachowywac, zeby mnie nikt (mlodzi faceci) nie dotykal. taki brak szacunku to na pewno bylo dla mnie NOWE zjawisko, ale nie o taka nowosc mi chodzi jak planuje wakacje ;-)

  8. Rozumiem. Pewnie, ja tez nie lubie sie czuc jak gora pieniedzy albo obiekt do dotykania (niestety w niektorych miejscach w Indiach tak sie czulam, ale nie wszedzie na szczescie). Ale wiele zalezy od tego, dokad sie jedzie i kiedy. Bylam w Egipcie pierwszy raz jako dziewiecioletnia dziewczynka 22 lata temu. Wtedy zjawiska „hello miss” nawet nie czulam, nie istnialo. W Aleksandrii bylismy z malutka grupka innych podroznych (to nawet nie byli turysci, to byli podrozni) jedynymi obcymi. Nigdzie na ulicach nie widzialam innych turystow. Nastepna moja wizyta w Egipcie miala miejsce 7 lat pozniej, pojechalam z rodzicami do Hurghady. I to byl koszmar, turystyka rozwinieta na maksa. Nabralam do tego zjawiska wstretu i sama nigdy nie jezdzilam na wycieczki zorganizowane (jezdzilam na nie jako dziecko i nastolatka z rodzicami). Teraz inaczej podrozowalabym po Egipcie, ale pewnie i tak w pewnych miejscach nie dalabym rady odgonic sie od natretow – tyle, ze juz bylam w piramidzie i w Dolinie Krolow, teraz zobaczylabym co innego.

    W Indiach za to staralam sie nie byc zmeczona pogawedkami z „obcymi”, tak samo w Stanach. Kazdy czlowiek to zamknieta ksiega, a ja moge w jakis sposob sprawic, by choc troszke sie otworzyl. I otworzyc sie dla niego takze :), co czasem robie z przyjemnoscia, a czasem wcale (niestety takze w podrozy miewam czasem zly nastroj i najchetniej wtedy siedzialabym w pokoju i nie wychodzila z niego, wtedy musze wieczor spedzic sama w ciszy i naladowac akumulator).

    Ani podczas dwumiesiecznej podrozy po Indiach ani po tyle samo trwajacej po Stanach Zjednoczonych (tu jeszcze „zahaczylismy” o Hongkong i Japonie) nie spedzilam w kafejkach internetowych dluzej niz kilka godzin lacznie. Nie uznaje w podrozy sprawdzania emaili czesciej niz maks. raz w tygodniu, o pisaniu na blogu nie wspomne nawet. Znikam z sieci na kilka tygodni, daje jedynie czasem znaki zycia. Mam jednak wrazenie, ze zwlaszcza mlodzi Amerykanie uwielbiaja spedzac takze w podrozy duzo czasu nieustannie twitterujac, blogujac i relacjonujac innym „back home”, gdzie wlasnie sa, co jedza i pija i co beda robili pozniej. Tacy ludzie nie bardzo skorzystaja z podrozy, bo nie sa ani w domu, ani w podrozy, a gdzies pomiedzy, zawieszeni w cyberprzestrzeni… Ich strata.

  9. szwedzka mlodziez tez caly czas „podlaczona” – czesc doroslych zreszta tez

    natomaist ja lubie sobie w podrózy porozmawiac. dobrze sie sprawdzaja amerykanie, ale najbardziej lubie spotykac brytyjczykow. oni wszedzie sa „miejscowi” i witaja lekko zlosliwym dowcipem

    acha, i dziekuje ci za info, ze podstawa do nakrecenia filmu z colinem firthem byl pan isherwood – zajrzalam na twój blog. isherwood pojawia sie w „la’s orchestra saves the world” (czytalam ostatnio) – lubie takie zazebianie sie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s