Gonzo na barykady

Film Alexa Gibneya poświęcony osobie Huntera S. Thompsona tylko w nieznacznym stopniu rozszerza wiedzę o jedynym w swoim rodzaju amerykańskim reporterze. Powinno zabronić się oglądania go tym, którzy nie przeczytali żadnej książki twórcy gonzo i czekają jedynie na pojawienie się na ekranie Johnny Deppa.

Hunter S. Thompson we własnej, zapewne w trampkach, osobie

Powinno, gdyż osoby te narażone są na rozczarowanie. Z poznańskiego Bookarestu, gdzie wyświetlano film w ramach cyklu dokumentalnego Doc Book, wyszło w połowie kilka osób. „Gonzo: Życie i twórczość dr. Huntera S. Thompsona” to dokument przeznaczony dla tych, którzy  interesują się dziennikarstwem lub  znają już dość dobrze książki Thompsona. Pozostali mogą poczuć się zamroczeni, wciągnięci nagle w oniryczne wizje reżysera i fragmenty prozy Thompsona.

Na film należy iść z elementarną znajomością osoby Thompsona. Wiedzieć trzeba już wyjściowo, że był przede wszystkim wielkim oryginałem żyjącym marzeniem o zostaniu pisarzem. Największe pragnienie życia zaprowadziło Thompsona na pogranicze dziennikarstwa i do stworzenia niepowtarzalnego, dzikiego jak ryk silników harleyów stylu pisania, nazwanego przez niego gonzo. Już w tej nazwie tkwi pewna kontrowersja, gdyż nawiązuje bezpośrednio do pornografii. Autor reportaży poświęconych gangowi motocyklowemu i przebiegowi kampanii prezydenckiej  czy jedynej przetłumaczonej na język polski książki „Lęk i odraza w Las Vegas” to człowiek nie znający kompromisu, bezczelnie szczery i nie stroniący od używek*.  Założę się, że żadna z polskich gazet nie zatrudniłaby nie tylko żadnego naśladowcy Huntera S. Thompsona, ale nawet jego samego. Dziennikarz łamiący zasadę obiektywności, piszący „obok” tematu i zawsze ledwo-ledwo dotrzymujący deadline’u – brzmi jak redakcyjne przekleństwo. A przecież Thompson to legenda reportażu.

Film jest próbą oddania charakteru Thompsona. W tym celu Gibney sięga po napisane przez Huntera książki i cytuje je ustami Johnny Deppa. Przeprowadza również wywiady m.in. z pierwszą żoną pisarza i redaktorem naczelnym Rolling Stone, który przez wiele lat zatrudniał Thomspona. Miksuje to z fragmentami dokumentów historycznych z udziałem pisarza, rozmów z nim i muzyką z lat 60. Jest w tym wysiłek przedstawienia świata takim, jakim widziały go oczy Thompsona. Momentami zabawny, film nie wykracza jednak poza banał narzuconej sobie formy, a pod koniec wydaje się być za długi – co nigdy nie świadczy zbyt dobrze ani o książce, ani o filmie.

Pozostaje nam dopowiadać sobie do filmu to, co zostało przemilczane lub załagodzone. Przede wszystkim należy wyobrazić sobie gniew jego pierwszej żony, gdy zostawiał ją na całe miesiące z małym dzieckiem, jeżdżąc po Stanach na motorze razem z opisywanym przez siebie gangiem. Jej złość, gdy w końcu stał się sławny, tak jak zawsze chciał, i przyprowadzał do domu młode kochanki. Należy zwizualizować sobie wściekłość brodatego naczelnego Rolling Stone, gdy oglądał gigantyczne rachunki z hoteli Thompsona i regulował je, czekając na świetny artykuł. Jego brodatą rubaszną cierpliwość, gdy najlepszy autor magazynu wymyślał narkotyk, którym rzekomo kandydat na prezydenta się szprycuje (Thompson: „To pogłoska z Milwaukee. Sam ją tam rozpuściłem, więc można powiedzieć, że to prawda. Jestem rzetelnym dziennikarzem”). Teraz wspominany z łzami w oczach i śmiechem, kiedyś musiał być – na pewno Thompson by się nie obraził – prawdziwym wrzodem na dupie. Ale wrzodem piszącym znakomite, barwne teksty.

Dziennikarz chciał zostać pisarzem równie sławnym jak gwiazda rocka – otoczony wianuszkiem wielbicielek i rozpoznawanym na ulicach. Niestety, udało mu się to osiągnąć.  Niełatwo uwierzyć, że ten inteligentny skubaniec nie przewidział, jakich sława przysporzy mu trudności w realizowaniu zadań uczestniczącego, ergo wtapiającego się w tłum, reportera czy pisarza. W pewnym momencie przestało pomagać nieme zawieszenie rąk nad maszyną do pisania. Słowa przestały przychodzić.

Na pewno film o Thompsonie najlepiej zrobiłby sam Thompson. Niestety, zanim przyszło mu to głowy, zastrzelił się w 2005 roku na swojej farmie. Trzeba więc cieszyć się tym, co jest, nawet gdy nie dorasta to do naszych oczekiwań.

.

*Jak podkreślono w filmie, dziennikarzami w latach 60. byli głównie mężczyźni, którzy non stop pili. Wśród nich Thompson cieszył się szacunkiem jako ten, który pije najwięcej, ale nigdy nie jest pijany ani skacowany.

„Gonzo: Życie i twórczość dr. Huntera S. Thompsona”
Reż. Alex Gibney
USA 2008
Trailer

Recenzja została również opublikowana w portalu Lektury reportera.

Reklamy

3 myśli na temat “Gonzo na barykady

  1. Gwoli ścisłości chcę dodać, że film sam w sobie nie był zły. Z mojej recenzji może wynikać, że film kiepski i w ogóle strata czasu. Nic podobnego. Bardzo mi się podobał. To jeden z lepszych filmów dokumentalnych, jakie widziałam. Brakowało mi jedynie, tak charakterystycznego dla Thompsona, rozmachu, który u niego przejawiał się w każdym reportażu, ba!, często w pojedynczym zdaniu.

  2. Brakuje takich osobowości. Miał szczęście Hunter do czasów i miejsca w jakich żył, w dzisiejszej Polsce facet nie miałby najmniejszych szans, jest to nie tylko stwierdzenie faktu ale również ocena naszej rzeczywistości…
    Czekam z niecierpliwością na Rum Diary, The

  3. wreszcie ktoś mnie skutecznie zachęcił do tego thompsona – przeczytam, żeby móc obejrzeć (i posłuchać) deepa…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s