O kance i „Lali” J. Dehnela

Tak rozmyślam od pewnego wieczoru, że moje szczęście jest zielonego koloru (za W. Broniewskim) oraz o tym, jak dobrze czytać  mnie, Polce, polską książkę  – w żaden sposób nieprzetworzoną językowo, niezakonserwowaną przez tłumacza, tego trzeciego w trójkącie małżeńskim ja-autor-translator.

Lala, Jacek Dehnel

Gładziej zatem czyta mi się „Lalę” Jacka Dehnela. Trudno jednak chwalić autora za to, że raczył być tej samej narodowości co ja. Na szczęście, jest i tak za co go pochwalić. Na przykład za to, że swoim typem pisania przywołał dla mojego prywatnego użytku obrazy łąk blisko domu mojej babci i rozkładanych pod rozłożystym kasztanem leżaków i kocy. Kanki, do której babcia wlewała wychłodzoną zupę ogórkową – idealny posiłek w letnie południe, jak wielokroć objaśniała tej małej dziewczynce w koszulce z zielonymi słoniami, którą kiedyś byłam. Jak grałyśmy w wojnę i piotrusia i spotykane byłyśmy przez sąsiadki babci, zawsze nasycone plotkami i złośliwostkami, tak jak pamiętna Krywuciowa, której kolana przywodzą znów na myśl wspomniane już słonie, sprowadzone tym razem tylko do nóg. Bliny, które babcia podawała co niedzielę na śniadanie. Placki ziemniaczane ze śmietaną. Zapachy kuchenne i te z babci licznych szaf – światy samoistne, krainy niezbadane, obfite w suknie i futra.

Jest w „Lali” coś z „Sierpnia” Brunona Schulza, gdy drzewa uginają się pod ciężarem czereśni. Jest i smak magdalenek, tu będących delicjami i herbatą w szklance. Jest w niej bajarstwo na wskroś polskie, bo mówiona jest ta „Lala”: mówiona anegdotami babci, rodzinnymi wspomnieniami o ludziach, czasach i miejscach. Mówiona deltą, zmianą, przenosinami, równaniem nigdy nierozwiązanym do końca, a z którym każdy z nas się boryka. Jest w tej prostej prozie elegancja polskiej literatury, tak niedopieszczona ostatnio. Takie to wszystko ildefońskie, baczyńskie, witoldzie.

Piękna i wzruszająca jako polska saga i jako opowieść osobista autora, odkrywająca nam korzenie jego stylu jako pisarza i sedna bycia człowieka.  Kruche i wiotkie są prawdy jak ludzie, którzy je noszą. Jacek Dehnel wie, jak je chronić.

Jacek Dehnel, Lala
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008

Reklamy

11 myśli na temat “O kance i „Lali” J. Dehnela

  1. A mnie się „Lala” średnio podobała. Owszem, ksiażka zajmująca, nieźle oddany koloryt; ale jednocześnie snobizm duszący, a i styl wcale nie nienaganny, nadęty, napuszony, rozjazgotany…

    1. corail,

      Przyznam, że tego napuszenia i nadęcia nie widziałam. Rozjazgotany – pewnie przez to, że taki gadany.

      Pozdrawiam
      j

  2. Moim zdaniem to Jacek nie bardzo wie jak chronic ( i nie dba o to), ale wie jak sprzedac. U mnie czytanie tego tam bylo bez zachwytu. Czemu zreszta dałam swojego czasu wryaz ;).

  3. Zachwycalam sie tak samo jak Ty :) Najpiekniejsza polska ksiazka ostatnich lat. Ale ja lubie taki styl, innym wydaje sie snobistyczny, a ja przecieram oczy i nie widze (a wzrok mam doskonaly, laserowo ulepszony!) snobizmu ani napuszenia ni krztyny. Wczesniej jeszcze, przed „Lala” zachwycalam sie „Madame” Libery, co poradzic, ze lubie taka literature w wersji a la polonais :)

    1. Chihiro,

      Tak! „Madame” Libery również przypominam sobie z podobnymi odczuciami.
      Zawsze mi mało takiej literatury a la polonais! :)

      Ciepło pozdrawiam z zimnego kraju (-21)
      j

  4. Z tym snobizmem u Dehnela jest tak, że jedni go widzą i wtedy drażni, a drudzy nie wiedzą, o co tym pierwszym chodzi i im się podoba. ;) Widać zaliczam się do tej samej kategorii snobów co autor i dlatego mi to nie przeszkadza ;)

  5. A moze powinnismy rozlozyc definicje snobizmu na czastki? Moze ja nie wiem, co to jest snobizm? Dlaczego to okreslenie tak czesto pojawia sie w odniesieniu do prozy Dehnela czy Libery?
    Przyznam tez, ze w jez. angielskim jeszcze nigdy nie przeczytalam w zadnej recenzji zadnej ksiazki (a czytam duzo, zarowno recenzji jak i ksiazek), by cokolwiek okreslono mianem „snobizmu”…

  6. Pamiętam „Lalę”, czytałam ją w wakacje i byłam zachwycona. Nawet mimo tego, że tytułowa „Lala”, pani babcia, wkurzała mnie odrobinę, a potem już bardziej. I też mi się z kankami kojarzyła :) i ze starymi drzewami, i nie wiem dlaczego ze stogami siana, i z dziecięcymi wakacjami na wsi. Cudo.
    A na „Madame” Libery mam od jakiegoś już czasu ochotę.
    Natomiast ten „snobizm” Dehnela, to lekka przesada. Nie wiem, czy jego oryginalność wzięła się z niego samego, czy z potrzeby wyróżniania się dla reklamy, ale taki styl ma i koniec.
    Snobizm to złe słowo, na określanie Dehnela, on nie jest snobem tylko lekko pretensjonalny, jeżeli już.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s