Co Bruce Chatwin porabiał podróżując

Z Bruce’m Chatwinem mam nie lada problem: chętnie bym z nim dokądś pojechała, ale nie zawsze równie entuzjastycznie reaguję na jego reportaże. Dlaczego „What Am I Doing Here” nie zasługuje na stojący aplauz, a dorabia się kilku pozytywnych oznaczeń na marginesach?

Bruce Chatwin, "What Am I Doing Here"
Bruce Chatwin, "What Am I Doing Here"

Jak wiadomo nie od dziś, w życiu dobre są tylko chwile, na dodatek raczej te, których jeszcze nie znamy. Podobnie w tym zbiorze reportaży, relacji, portretów i esejów angielskiego reportera. W swoich tekstach nie odkrywa on Ameryki, nie jest mistrzem zapierających dech w piersi opisów, nie przoduje w kreśleniu zaskakujących dialogów. Zabiera nas do Chin, Peru, Rosji, Francji, Ghany. Elokwentnie opowiada historię nomadów i przekonywująco wyjaśnia, dlaczego człowiek w podróży jest szczęśliwszy niż osiadły. Bezboleśnie poszerza naszą wiedzę o pisarzach, reżyserach i rynku sztuki. Pisze o ludziach, których spotkał: tych znanych, jak Indira Gandhi czy nieznanych (np. swojej przyjaciółce, z którą wybrał się na drinka). Opisuje ich przez pryzmat otoczenia domowego, jak w przypadku architekta Konstantina Mielnikowa, lub w trakcie pracy, tak jak nakreślił sylwetkę Marii Reich na tle pampy Peru, gdzie prowadziła badania. Widzi niemal w kapciach Andre Malraux, Wernera Herzoga czy Nadieżdę Mandelsztam.

Mimo że Chatwin sili się na pisanie esejów, najczęściej daleko mu do mistrzostwa świata. Jego teksty są zbyt długie, monotonne i poważne. Nie oznacza to jednak, że na Chatwinie jako pisarzu należy postawić krzyżyk. Nic z tych rzeczy. Na Chatwinie trzeba umieć się poznać, dać mu czas i poczekać, aż od niechcenia, jakby przypadkowo, nie przemyśliwując zbyt wiele, sypnie anegdotą. Anegdota to jest forma przyjazna Anglikowi, którego życie przypomina anegdotę. Wystarczy wspomnieć, jak telegraficznie poinformował pracodawcę w Sotheby’s, gdy ruszył w świat: „Wyjechałem do Patagonii”.

Krótka historia pisana jako ilustracja lub jako tło sytuacji są jego perełkami. Charakterystyczne postaci drugoplanowe (takie jak przewodnik, który każdą wypowiedź zaczyna od słów „I have something to say” i kwituje ”This is all I have to say”), błyskotliwe przemyślenia i pointy – widać, że przebywanie z Bruce’m jest wesołe i nieskrępowane niezręcznością sytuacji. Stać go na podzielenie się „zielonymi myślami w zielonym cieniu”. Uważa, że chodzenie to nie tylko terapia, ale również poetycka czynność, za pomocą której można uleczyć całe zło świata. Ponadto nie tylko deklaruje, ale i aktywnie manifestuje, że domem człowieka jest droga, a życie to piesza podróż.

Całkowicie naturalny w każdej sytuacji, na pewno był człowiekiem, z którym sympatycznie spędza się czas. Szkoda, że ta cecha nie zawsze przekłada się na jego utwory.

Książkę podarowała mi wspaniałomyślnie Chihiro, za co jeszcze raz bardzo Jej dziękuję.

Bruce Chatwin, What Am I Doing Here
Vintage Books, London 2005

polskie wydanie:
Bruce Chatwin, Co ja tu robię
Państwowy Instytut Wydawniczy, 2006

Reklamy

14 myśli na temat “Co Bruce Chatwin porabiał podróżując

  1. A dlaczego człowiek w podróży ma być szczęśliwszy, niźli ten osiadły? Ja się nie zgadzam na takie postawienie sprawy :-).

    1. Według Chatwina i według cytowanych przez niego badaczy, człowiek jako naturalnie wywodzący się od ludów wędrownych ma w sobie pierwotne powołanie do podróży i przemieszczania się. Nomadowie byli szczęśliwi, zmieniając co jakiś czas miejsce swojego pobytu, nie przywiązując się do niczego, w ciągłym poszukiwaniu lepszych pastwisk dla swoich zwierząt. Nie potrzebowali wiary w bogów, nie potrzebowali poszukiwania dodatkowych sensów, gdyż cały sens zasadzał się w wędrówce. (Oczywiście, spłycam w tej chwili na potrzebę komentarza i streszczenia, za co z góry przepraszam).
      Moment osiedlenia się był kryzysem w życiu wędrowca. To znaczy, że przestało mu się powodzić i z konieczności musiał jakąś ziemię zasiedlić. Mogło to się również zdarzyć z wygody, bierze się to pod uwagę. Ale po jakimś czasie w człowieku osiadłym odzywała się (i w większości nadal się odzywa) tęsknota za wędrówką, za zmianą. Człowiek, gdy się osiedlił (wciąż odwołuję się do badań cytowanych w eseju przez Chatwina), potrzebował nowego sensu. To jest również moment, kiedy człowiek wynalazł bogów na swoją pociechę. Jednak wielu to nie wystarcza i muszą wyruszyć w drogę, bo tylko w niej widzą znaczenie i tylko ona daje im spokój.

  2. Na szczęście ja nie muszę szukać nowych pastwisk. Jeżeli coś daje mi spokój, to bardziej powrót, niźli droga :).
    Pozdrowienia.

  3. Czytałam Chatwina „W Patagonii” i nie przebrnęłam przez nią. Tak mnie wynudziła. Lecz twoja recenzja jest bardzo zachęcająca, może dam Chatwinowi kolejną szansę..

    1. Ten zbiór jest lepszy niż „W Patagonii”. Mnie „WP” też wynudziło, choć doczytałam do końca. Już sam fakt, że pisze o ludziach znanych sprawia, że jest ciekawie. A dodatkowo od czasu do czasu uda mu się zaskoczyć czytelnika w półśnie i czymś go obudzić. To już coś.

  4. „Całkowicie naturalny w każdej sytuacji, na pewno był człowiekiem, z którym sympatycznie spędza się czas. ”

    Ach jakże można się pomylić.
    Joan, Chatwin był to – przykro stwierdzić – kawał mizantropa, chamiszcza i autysty. Przynajmniej w związku. Tak przynajmniej wynika ze wspomnień zaszokowanych bezpośrednich obserwatorów. Miał jednak jakiś niepojęty rodzaj charyzmy, który sprawiał że pomimo to bywał lubiany. Nawet żona mówi po latach o nim nie najgorzej mimo że – co wspomina z goryczą – nigdy nie splamił się ugotowaniem posiłku lub sprzątnięciem czegokolwiek. Nigdy.

    1. Poradziłabym mu, żeby zaopatrzył dom w zmywarkę, a jak lubił chodzić głodny, to cóż, nie moja rzecz… Żoną Chatwina wobec tego, Telemachu, bym nie została. Jakoś by to przeżył. Może by dokądś pojechał odreagować.

  5. Joan, to nie takie proste z tą zmywarką. Bo jeśli w tym względzie zastąpimy go w związku odkurzaczem i zmywarką – to nasuwa się natychmiast pytanie przydatności chatwinowskiej w związku w ogóle. Tzn. biorąc pod uwagę jego (znany w międzyczasie powszechnie) homoseksualizm…

    Nie – nie wychodziłbym za Chatwina na Twoim miejscu. ;-)

    A wspomnienia żony: przednie.

  6. Susannah Clapp opisała gehennę żony Chatwina chyba najlepiej, mimo że sama była nim zafascynowana. Niezła jest też biografia Nicholasa Shakespeare. Wyznania Elisabeth Chatwin czytałem przed chyba 5 laty w którymś z periodyków – to było chyba w Lettre International muszę poszukać, nie wiem czy znajdę. Artykuł z wywiadem dla FAZ znajdziesz tutaj:
    octolan.com/journey/upload/chatwin.pdf

    Tam Elisabeth powtarza to co napisałem powyżej.
    Fascynująca lektura.

    pozdrowienia
    t.

  7. Spodziewam się, że fascynująca… Mam nadzieję, że trafię na jedną z nich niedługo – chętnie bym którąś przeczytała.

    Dziękuję za pomoc, Telemachu.

    Pozdrawiam serdecznie
    jj

  8. Ciesze sie, ze z przyjemnoscia Ci sie czytalo te opowiastki. U mnie ta ksiazka wciaz stoi na polce nieprzeczytana i nie wiem, szczerze mowiac, kiedy sie zania zabiore…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s