Chirurg słowa. Max Frisch, „Sinobrody”

Max Frisch, "Sinobrody"
Max Frisch, "Sinobrody"

Maksa Frischa poznałam w liceum. W zielonej, twardej okładce leżał wśród innych książek, całkowicie niepozorny. Po tytule „Stiller” nie można było niczego zgadnąć, zwłaszcza że pierwsze zdanie mu zaprzeczało: „Nie jestem Stillerem” – zaklina się tam główny bohater.

Sympatia do tego szwajcarskiego pisarza ma dłuższą historię niż większość moich przyjaźni. Jest to relacja oparta na (jednostronnym) zaufaniu i umiejętności słuchania, co chirurg słowa ma do przekazania. Robię to z niezmiennie tym samym zaangażowaniem: czy mam do czynienia z historią Stillera, czy z „Homo Faber”, czy z „Powiedzmy, Gantenbein”. Spotkanie z „Sinobrodym” – zbiorem opowiadań napisanych w różnych okresach – było naturalną kontynuacją długoletniej tradycji.

W prozie Frischa już przed laty polubiłam precyzyjny, prosty język, skory do poważnej ironii i stawiania w wątpliwość wszystkiego, co zostało powiedziane. To, co decyduje o sile jego słów, to ani metafory, ani porównania. W swoich utworach nie porusza tematów oryginalnych czy wykraczających poza codzienność przeciętnego człowieka. Jego bohaterowie nie różnią się specjalnie od nas czy od naszych znajomych. Nie są geniuszami, bogaczami ani zasklepionymi samotnikami. Normalni ludzi i ich zwyczajne bolączki przedstawia jednak  ten przewrotny humanista w sposób nietypowy. Jest jak Leonardo da Vinci, który otwiera perspektywę tak zwyczajnie, jakby to była tylko kolejna butelka wina. Frisch nie boi się zanadto przekrzywić głowę, aby ukazać sprawy pod innym kątem.

W zbiorze „Sinobrody” najbardziej upodobałam sobie krótsze formy. „Żyd z Andory” ośmiesza stereotypy. W „Burlesce” wykpiwa łatwowierność i nieumiejętność podjęcia decyzji – robi to jednak z sympatią, nie naigrywa się z bohatera o dobrym sercu, którego dom zagrożony jest pożarem. W „Schinz. Szkic,”, „Złotniku” i „Śnie aptekarza z Locarno” porusza temat skrytej samotności, która tym jest gorsza, im bardziej niedostrzeżona przez kochanych bliskich. Bohater „Statyki”, profesor na wydziale architektury, uświadamia sobie na starość, że „tego też nie wiedział”, by w końcu zwątpić w całą wiedzę, jaką kiedykolwiek posiadł i przekazał.

Te krótkie, smutne historie, pocięte rytmicznie słowem, są jak kostki lody spływające wzdłuż kręgosłupa. Zamiera się, by w natężonej, łapczywej uwadze połykać dreszcz każdego wyrazu, aż do samego końca. Przerażająco prawdopodobne i wstrząsająco absurdalne trzymają w napięciu, jak mistrzowski kryminał, choć opowiadaniem kryminalnym można określić jedynie „Sinobrodego” – najdłuższy utwór w zbiorze, który jednocześnie wydaje się jednym z gorszych w książce, zresztą może tylko przez kontrast – bo wydaje się zbyt długi?

Przy opowiadaniu „Człowiek w holocenie”, ostatnim w tej publikacji, zaczęłam się nudzić, niemniej Max Frisch i ja pozostajemy nadal w wielkiej przyjaźni. Moje zaufanie nie zostało zawiedzione, a to, czego dowiedziałam się od przyjaciela, zapadło mi w pamięć.

Max Frisch, Sinobrody (oryg. Blaubart)
Wybór i przekład: Krzysztof Jachimczak
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Chirurg słowa. Max Frisch, „Sinobrody”

  1. Maksa Frischa poznałem na studiach. Faktycznie, z niezwykłą wprawą posługuje się korkociągiem perspektywy (fajne to Twoje wyrażenie :) ).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s