Obrzydzenie Bernharda

Thomas Bernhard w „Wymazywaniu” przypomina mi jednego bliskiego kolegę. Jest inteligentny, uważam go za mającego podobne poglądy i gusta, cieszę się na spotkanie z nim, jednak po spotkaniu oddycham z ulgą, że już się skończyło. Oddycham z ulgą, że już się skończyło, gdyż kolega jest niezwyczajnym gadułą, który nie jest w stanie mówić ani myśleć o niczym innym niż o sobie. To jego poglądy są najważniejsze (co nie znaczy, że jest nietolerancyjny czy że jest gburem – po prostu nie słucha, nie interesuje się). Musi być w centrum uwagi, a słowa wciąż i wciąć muszą kapać z jego ust. Nie zadaje żadnych pytań, nie zastanawia się nad losami innych ludzi. Cieszy się, że są, lubią go i słuchają.

Thomas Bernhard, "Wymazywanie"
Thomas Bernhard, "Wymazywanie"

Podobnie Bernhard. Inteligencja i elokwencja przebijają przez każdą napisaną przez niego linijkę. Kiwa się głową potakująco, gdy peroruje o masowości kultury, o drobnomieszczaństwie, o wielu drobnych, ale też wielkich sprawach, w których się zgadzamy. Jednak ten słowotok pędzący bez akapitów (jak bardzo kocham akapity w książkach dowiedziałam się na tym przykładzie), bez dialogów, z niekończącymi się zdaniami, zdaniami, które wciąż używają tych samych słów, tych samych sformułowań ewoluujących w kolejne zdania, w kolejne dumania, w kolejne ataki, w kolejne wypowiedzi, przemyślenia. Ta dygresyjność i skoncentrowanie jedynie na sobie i swoich poglądach w zestawieniu z poglądami lub ich brakiem u innych – jakże to męczące.

Podziwiam umysł pisarza, jego zdolność do pisania w tak inteligentny sposób, zgadzam się z jego przekonaniami. Ba, nawet przy krótszym obcowaniu z jego dziełem umiem znaleźć w sobie podziw dla jego dygresyjności, przelewania się jednej myśli w drugą bez zgrzytów, bez szwów, bez wysiłku. Wielkim pisarzem był, owszem, ale go nie lubię.

O czym to jest książka? Fabuła dość prosta: rodzinny outsider, intelektualista mieszkający z Rzymie dowiaduje się, że jego rodzice oraz brat zginęli w wypadku samochodowym. W wyniku tego jest zmuszony do powrotu na pogrzeb do znienawidzonego, ale i ukochanego Wolfsegg – swojego domu rodzinnego. Ten przymus, to tragiczne wydarzenie powodują w nim myśli i wspomnienia o rodzicach, bracie i siostrach. O dzieciństwie i o różnicach między narratorem a krewnymi. W to wszystko wmieszane są poglądy o kościele katolickim, o państwie austriackim, o narodowym socjaliźmie, o literaturze, filozofii i fotografii. Nie brakuje również słów uwielbienia dla Rzymu – jedynego możliwego do życia miasta dla bohatera – oraz wyrazów niechęci odnośnie Wiednia. Wiele spraw i postaw budzi w narratorze obrzydzenie. Widząc, ile osób poszukuje na moim blogu tegoż obrzydzenia Bernhardowskiego, pozwolę sobie z tych obrzydzeń zrobić listę (gdyż jestem życzliwa dla internautów).

Obrzydzenie Thomas Bernhard odczuwa do:

  1. nijakich, konwencjonalnych, bojących się wszelkich zmian i innowacji sióstr,
  2. łowczych, którzy są uosobieniem wszelkiego zła, odpowiedzialni za śmierć, hulanki, sztuczność, męskość nieznoszącą sprzeciwu, karność i posłuch bez rozważenia,
  3. nazistów, których wspierali jego rodzice i z którymi utrzymywali stosunki towarzyskie,
  4. pedantycznej ojcowskiej kaligrafii,
  5. literatury segregatorów, literatury drobnomieszczańskiej, do której zalicza przykładowo Thomasa Manna,
  6. Spadoliniego, którego jednocześnie podziwia (jego intelekt i obycie) i potępia za jego umiejętność gry, za bycie światowcem, za dwulicowość i fałsz,
  7. filistrów, drobnomieszczaństwa, które snobuje się na znanie ludzi kultury, ale którzy tak naprawdę nic nie rozumieją w sztuce, dla których książki są elementem dekoracyjnym, a wyjście do teatru czy opery jest koniecznością towarzyską,
  8. siebie, gdy uznaje się za zbyt krytycznego obserwatora, zbyt nienawistnego, zbyt niesprawiedliwego, za niezdolność do wyjścia poza swój sposób widzenia świata i ludzi,
  9. wszelkich marszy, konduktów, pokazów, manifestów, organizacji obrządków ślubnych i pogrzebowych, wielkich uroczystości, w których wszystko jest na pokaz, teatralne i niewiele ma wspólnego z rzeczywistymi emocjami,
  10. i do wielu innych spraw.

… O ileż lepszy użytek ze swojej inteligencji zrobiłby Thomas Bernhard, gdyby choć na chwilę zaprzestał wewnętrznego monologu, a choć chwilę posłuchał, odetchnął, zażył ciszy, uwolnił się od konieczności przemyślenia wszystkiego na wskroś. Prawdopodobnie byłby szczęśliwszym człowiekiem.

Thomas Bernhard, Wymazywanie (oryg. Auslöschung. Ein Zerfall)
Przeł. Sława Lisiecka
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004

Reklamy

22 uwagi do wpisu “Obrzydzenie Bernharda

    1. Według mnie nie jest genialnym pisarzem – jest przede wszystkim wybitnym intelektualistą. I choć każdy wspaniały pisarz jest intelektualistą, nie każdy intelektualista jest wybitnym pisarzem.

      1. Kłopot z tą wybitnością. Czym ją mierzyć? Bernhard był/jest znaczącym pisarzem. Niemieckie słowo „bedeutend” oddaje chyba najlepiej istotę rzeczy. I takim samym intelektualistą.

        Wybitność bardzo słowiańską kategorią jest.

  1. Bedeutend jak Heller lub Theroux.

    Jako piewców wybitności ja bym obstawił kulturę anglosaską i ich „masterpiece”.

  2. @Pulp: faktycznie, oni też. Ale chyba nie mają aż takiej skłonności do egzaltacji jak słowianie. Ci nawet posiadają wybitnych powiatowych i gminnych twórców. Germanie w każdym razie są ze swym „herausragend” o wiele ostrożniejsi.

  3. Joan, czy Ty zmeczylas do obrzydzenie do konca? :)
    Przy okazji zapytam, czy to jego obrzydzenie rowna sie wlasnie tytulowemu wymazaniu (czy wymazywaniu)?

    1. Magamaro,

      Zmęczyłam, a jakże, zmęczyłam! – chciałam wszystkie rodzaje Bernhardowskich obrzydzeń skolekcjonować i opisać. Czytałam i czytałam, i czytałam… Teraz już wiem, że więcej książki Bernharda nie wezmę do ręki, ale i tak było warto.

      Obrzydzenie nie równa się tytułowemu wymazywaniu, ale ma z nim w istocie wiele wspólnego: narrator wspomina i opisuje sytuacje, w których odczuwał obrzydzenie. Pisząc, wymazuje te wydarzenia ze swojego życia. To dla niego swego rodzaju terapia. W środku książki opisuje też wcześniejsze swoje zmagania z pisaniem. Bohaterowi udało się wcześniej napisać kilka książek, ale z żadnej z nich nie był dumny, nie był całkowicie zadowolony, a na dodatek jego przyjaciółka poetka kazała mu je spalać. Ufał jej i spalał. Możliwe, że po napisaniu, po wymazaniu dodatkowo spalił spisane obrzydzenia. Ale o tym już historia milczy. To tylko moje spekulacje…

  4. Hmmm, a ja sie zastanawiam, czy dla wszystkich szczescie jest najwyzsza wartoscia? Chyba nie. Zapewne dla Bernharda nie jest.
    Gucio bardzo lubi tego autora i chyba wszystko albo prawie wszystko jego czytal, ale ja nie wiem, czy mam po niego siegac. Nie bardzo chce miec do czynienia z takim malkontentem. Juz jeden taki sie kryje we mnie i chyba mi wystarczy :)

    1. Najgorsze, że to wcale nie tak, że Bernharda nie lubię. Po prostu przytłacza mnie jego rozwlekłość, rozciągłość tych obrzydzeń. Boję się, że starczyło mu ich na następną książkę.

      Szczęście – czy najwyższa wartość? Myślę, że dla większości ludzi tak, choć trudno powiedzieć. Czy dla mnie szczęście jest najważniejsze? Musiałabym zadać następne pytanie: czym jest szczęście? Kiedy mamy szczęście mieć szczęście? Na moje szczęście składa się – sprowadzając rzecz do podstaw – ogólne samopoczucie, układ najważniejszych spraw, obecność najważniejszych ludzi i samospełnienie. Szczęście to spokój. To komfort wiedzy, że jutro obudzisz się i świat będzie taki sam, a nie gorszy.
      Co było szczęściem dla Bernharda? Naprawdę do niego nie dążył? Czy pisanie nie dawało mu pewnych elementów szczęścia? Czy wymazywanie nie było drogą do szczęścia dla bohatera jego książki?

      Rozumiem, że nie dążył do bycia szczęśliwym w tym najbardziej banalnym znaczeniu i że dążenie to nie było dla niego priorytetem. Ale jeśli nie dążył do szczęścia, do samospełnienia, to co chciał osiągnąć pisząc książki? To jedynie forma ekspresji, która niczemu innemu nie służy? Dlaczego je pisał? Czy wyrzucając z siebie wszystkie swoje niepokoje i wstręty nie stawał się szczęśliwszy – w pewnym sensie?

  5. Może dla Berharda podstawowy wymiar literatury stanowiła autoterapia? Może to, co inny człowiek uzyskuje krzycząc sam w gęstym lesie, on uzyskiwał pisząc? W tym sensie jego czytanie mogłoby być jakąś (ekspresjonistyczną) formułą wspólnego i zwielokrotnionego krzyku. Zwłaszcza że on sam jest piekielnie konsekwentny w tym swoim pisaniu.

    Dla mnie Bernhard jest hipnotyczny i totalny w tym sensie, że trudno wobec jego twórczości przejść obojętnie. Można dać się ponieść rytmowi jego frazy albo rzucić książkę w kąt i nigdy do niej nie wracać. Trudno o stany pośrednie – i to cenię w nim. Co nie zmienia faktu, że lekturę jego utworów trudno określać jako przyjemną. To po prostu nie ta kategoria.

    1. Zgadzam się, że jest mocny i totalny, none. To mi się w nim podoba. I z całą pewnością nie szukałam w nim „przyjemnych” odczuć. Po prostu należę do tych, którzy polubili, ale czują dystans i nie chcą na siłę w tej chwili wchodzić w kolejne interakcje czytelnicze z panem B.

  6. Gdyby ci się miało zmienić, kiedyś, polecam dramaty w 2 tomach. Są mniej gęste, i generalnie, strawniejsze niż prozy :-)

    1. none,
      myślę, że szybciej niż później znów po książkę Bernharda sięgnę wbrew moim zaklinaniom. Akurat w przypadku literatury jestem bardzo niekonsekwentna w swoich obietnicach. Po jakimś czasie chcę sprawdzić, co teraz myślę o danym pisarzu i autoweryfikuję opinie i skłonności. Wobec tego dziękuję za wskazanie polecanych dramatów – będę je mieć w pamięci. :)

  7. W takim razie, jeśli pozwolisz, jeszcze parę słów i już ani mru mru na ten temat :) Moja przygoda z Bernhardem zaczęła się na scenie teatru za przyczyną dwóch spektaklów reżyserowanych przez Krystiana Lupę. Jeden z nich można obecnie nabyć w Dvd (wersja dla teatru TV – widziałem: mocne, długie, dobre). Myślę, że to jest pewna alternatywa, dość ciekawa w kontekście weryfikacji, o której wspominasz. Więcej tu: http://nina.gov.pl/dvd-kalkwerk

  8. Bernhard nie robi nic innego, tylko obserwuje i demaskuje ludzką obłudę. To ludzie, którzy dbają o swoją wygodę, ludzie tchórzliwi i skupieni wyłącznie na sobie godzą się na taką maskaradę. Thomas wykazał się niesamowitą odwagą zrywając te uśmiechnięte maski. Skazał się tym samym na życie poza „ciepłym” społeczeństwem, ale czy był z tego powodu nieszczęśliwy? Jego monolog wynikać może z alienacji, a nie z kretyńskiego zapatrzenia w siebie. W książce faktycznie brak akapitów, rozdziałów, dialogów, ale czyta się ją znakomicie, jak w szalonym transie. Liczne powtórzenia pozwalają czytać te ogromne, często na pół strony, zdania i nie gubić wątku, który właśnie sam, drogi Gambetti, zgubiłem.

    1. Tak, nie robi nic innego, tylko demaskuje obłudę – prawda. Nie bierze jednak pod uwagę, że nie całe „ciepłe” społeczeństwo jest złe, podłe i obłudne. To, że je tak odbiera, świadczy o tym, że mimo inteligencji, jest człowiekiem ograniczonym – ograniczonym, bo zdolnym tylko do takiego postrzegania wszystkich ludzi. Tak, jakby miał na oczach specjalny filtr. Jego dążenie do opisania wszystkiego takim, jakim jest, ciągła krytyczna obserwacja, czyli zwrócenie się na zewnątrz poprzez ocenę, z którego bierze początek wyniosła alienacja, można również określić jako kretyńskie zapatrzenie w siebie. Tylko on i jego wizja świata.
      Co do lejących się zdań i braku akapitów – jedni zapadają w trans, inni w sen. Tę prozę trzeba sobie dawkować, inaczej zaczyna nużyć – nawet tych, którzy doceniają geniusz pisarski.
      Krótko: wielki, irytujący pisarz, z którego poglądami się zgadzam.

  9. To nie jest prawda, że negatywnie ocenia wszystkich ludzi, całe społeczeństwo, choć faktycznie – siarczyste ciosy wymierza w jego ogromną część. Myślę, że bardziej bezkompromisowy pod tym względem był Celine, który na ludziach nie zostawił suchej nitki. Być może Bernhard był bardziej wyczulony na zakłamanie i podłość ludzi, na negatywne zachowania, i dlatego krytycznie oceniał kondycję człowieka w swoich książkach (ten jego „filtr”). Ale czy to w jakiś sposób świadczy o samym człowieku? Czy w równy sposób źle patrzymy na ludzi, którzy są optymistami i wszędzie widzą przyjaźń, miłość i dobroć? Proza Bernharda może irytować, ale to właśnie świadczy o tym, w jak czułe rejony celuje. Niewątpliwie był skonfliktowany ze światem, ale powiedzieć o nim, że jest wyniosły i ograniczony, to lekkie nadużycie. Właściwie książka ma dwa monstrualne akapity!

    1. To, jak człowiek ocenia innych ludzi – jak bardzo jest w swojej ocenie radykalny – jak najbardziej o nim świadczy. O tym, czy uważamy go za sympatycznego, za inteligentnego, miałkiego czy wariata. Filtr, który nakłada się na świat, jest jedną z najważniejszych cech danej osoby.

      Co do pytania o ocenę ludzi, którzy są zdeklarowanymi optymistami – człowiek, który wszędzie widzi tylko przyjaźń, miłość, dobroć i ćwierkające ptaszki mnie osobiście irytuje również. Co nie znaczy, że go źle oceniam. Po prostu z taką osobą bym nie wytrzymała.

      Zwróć uwagę, że napisałam, że Bernhard irytuje, a nie jego proza. Mam wrażenie, że na tym poziomie się nie rozumiemy: przyjmuję jego poglądy, zgadzam się z nimi, jestem w podobny sposób krytyczna i w podobny sposób, co Bernhard podchodzę do mieszczaństwa i wszelkiej sztuczności. Nie to mnie w Bernhardzie irytuje. To, co budzi irytację, to pisanie na jednym tchu. Po prostu nie odpowiada mi ta stylistyka. Doceniam jej wartość i mistrzostwo warsztatu, który nie pozwala się pisarzowi w swoich wywodach pogubić, ale nie podoba mi się. I tyle.

      Co do wyniosłości pisarza – podtrzymuję. Ograniczenie postawiłam jako hipotezę (ryzykowną i kontrowersyjną, przyznaję) – i też podtrzymuję w pewnych jej przyciętych ostro ramach.

      1. „Ograniczenie” możemy w ten sposób przyciąć i dopasować do wszystkich ludzi: czy to są ograniczeni, bo wytykają wady innym i nie widzą pozytywnych cech; czy dlatego, że wszystkich kochają, przycisnęli by do piersi, pogłaskali po głowie, dali buziaka; czy w końcu dlatego, że są płytcy, „normalni” i nie mają własnego zdania, albo mają je wyletnione, wypośrodkowane. Wydaje mi się, że artysta, który jest artystą przekazującym coś, musi zabrać jakieś konkretne stanowisko — musi być radykałem.

        Ludzie, którzy negatywnie oceniają innych, wytykają ich błędy, lub ludzie, którzy są pesymistami, są negatywnie oceniani przez społeczeństwo. Taki „negatywny” filtr, który może być przecież organiczną cechą charakteru, automatycznie alienuje osobę. Ludzie mają tendencję do wygładzania własnych osądów, aby właśnie przypodobać (może za mocne słowo, ale oddaje sens) się innym. Chodzi o to, że boją się odtrącenia. Bernhard się tego nie bał.
        A Ty, powiedziałaś kiedyś koledze, temu koledze z wpisu, że uważasz go za inteligentnego, ale uwielbia on słuchać swojego głosu?

        Dla mnie styl jest rewelacyjny, czyta się doskonale!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s