Poukładajmy razem

Georges Perec z kotem
Georges Perec z kotem

Książka – puzzle. Bohater „Życie. Podręcznik użytkownika” Pereca nie wie, co z sobą począć. Stać go na wszystko, na nic nie ma ochoty. Szuka sensu dla swojego życia i znajduje go w puzzlach. Kilka lat przeznacza na naukę malowania akwarelami, by potem jeździć po całym świecie i malować to, co następnie jest ekspercko cięte na tysiące części, których jedyny sens stanowi ich ponowne złożenie. Jednak to tylko jedna z historii opowiedzianych przez zwariowanego, rozczochranego  Francuza.

Pomysł na książkę jest powalający, śmiały, oryginalny i zrealizowany z rozmachem, tym samym jedyny w swoim rodzaju i, nie boję się powiedzieć, mistrzowski. Pocięta na niezliczone kawałki krótkich rozdziałów opowiada historie mieszkańców pewnej kamienicy w Paryżu. Łączy ich niewidzialna sieć wzajemnych sympatii, antypatii, wspomnień, zobowiązań, przypadków. Przed poznaniem każdego bohatera Perec daje szansę poobserwowania miejsca, gdzie ów żyje. Drobiazgowy opis mieszkania, tapet, obrazów, bibelotów, książek, zawartości jego spiżarni (każdorazowo szczegółowa lista) staje się punktem wyjścia do określenia, jakim człowiekiem jest ich właściciel. Jest w tym szpiegowaniu coś niepodrabialnie francuskiego: styl życia waży tyle samo, co samo życie. Jedzenie, gatunek wina, butelka, w której znajduje się szampon, obraz, szlafrok mają tutaj znaczenie – uzasadnienie w życiowaniu.  Perec zamraża bohaterów w bezruchu, w pół-czynie, w pół-słowie, by ująć to, co pomiędzy – to, co najważniejsze w nich i dla nich.

Zbiór opowiadań, z których każde mogłoby stanowić autonomiczną historię (najczęściej mini-kryminał z kradzieżą, podpaleniem, morderstwem), gdyby tylko chciało, ale nie chce – i dobrze, bo to sprawia, że książka jest wyjątkowa i magiczna jak staroświecka zabawka. Małe dziwadełko, które tu zabłyśnie, tam zamruga, zadziwi, rozśmieszy; którego mechanizm fascynuje dzięki swojej prostocie i sprytowi twórcy. Ale nie można się nią bawić bez końca. Zaczyna nudzić. Szuka się w niej czegoś jeszcze, czegoś więcej. Niestety, nie zawsze można to znaleźć.

Książka Pereca jest lekturą dla cierpliwych koneserów chwil (i dekoratorów wnętrz).

Reklamy

3 myśli na temat “Poukładajmy razem

  1. Cześć. Trafiłem na twojego bloga wczoraj, przeglądam notki, trochę przypadkowo, ale już zauważyłem, że zazwyczaj się z Tobą nie zgadzam :) Mam na myśli choćby „Wymazywanie” Bernharda. A teraz Perec! Nie jestem dekoratorem wnętrz, nie podpisałbym się pod manifestem „cierpliwych koneserów chwil”; jak nietrudno się domyślić, jestem filologiem. I jako taki, „Życie…” uznaję za jedną z najlepszych powieści, jakie przeczytałem.

    Jasne, to powieść-puzzle. Jest w niej mnóstwo formalnych zabiegów, gier, które nie wszystkich mogą bawić. Wydaje mi się jednak, że ta książka ma głębsze przesłanie, a zaskakujący pomysł Bartlebootha na spędzenie życia jest próbą zamaskowania jakiejś pustki. Tak jak np. nasze blogi. Piszesz:”Zaczyna nudzić. Szuka się w niej czegoś jeszcze, czegoś więcej. Niestety, nie można tego znaleźć”. Pewnie szukamy w książkach innych rzeczy, bo mnie Perec nie znudził (przeciwnie), a i to „coś jeszcze” znalazłem.

    Trochę się rozpisałem. Tak czy owak, fajne miejsce, przełamujesz stereotyp nieoczytanej ekonomistki :) Będę zaglądał.

  2. Jak zawsze miło mi powitać na blogu kogoś, kto ma odmienne zdanie od mojego. Co prawda, nie zgadłabym, że mam do czynienia z filologiem, gdybyś o tym nie napisał wprost, a przecież miało to być tak oczywiste po Twoim wstępie, ale i tak jest mi bardzo miło.
    Co do Pereca – nie uważam jego książki za złą. Podobała mi się. Doceniam kunszt budowy i pomysł. Widzę, że podróże Bartlebootha mają mu przesłonić to, że nic w jego życiu poza tym nie ma i zrekompensować mu brak innego sensu życia. Książka jest naprawdę bardzo dobra. Tylko po pewnym czasie zaczęła mnie męczyć – za dużo było formy, a za mało treści, samego przekazu.
    Cieszę się, że znalazłeś swoje „coś jeszcze” :)

    Nie wiedziałam, że istnieje stereotyp nieoczytanego ekonomisty. Większość ekonomistów – szczególnie tych z powołania – czyta. To kulturalni, inteligentni ludzie, z którymi można porozmawiać na wiele tematów, nie tylko o inflacji i stopach procentowych. Zastanawia mnie, dlaczego filolodzy wynoszą się nad innych śmiertelników, tylko dlatego, że z racji studiów muszą czytać więcej, szybciej, bardziej pobieżnie i nie zawsze to, co czytaliby z chęci, gdyby nie przymus zaliczenia przedmiotu.

    Przy okazji – nie lubię marketingu szeptanego na moim blogu. Link do Ciebie znajdujący się w podpisie musi wszystkim wystarczyć tak jak i mnie wystarczył do odwiedzin. :)

    Pozdrawiam,
    jj

  3. Wiem, wiem, jestem jeszcze nieobyty, netykieta blogowa nie przyswojona: nie wiedziałem, że podpis wystarczy do przekierowania. Możesz usunąć mój komentarz, a ja napiszę go raz jeszcze, bez linka, ok?:)

    Moja uwaga dot. „ekonomistów” była żartem opartym na popularnym i, rzecz oczywista, błędnym podziale na mózgi ścisłe i humanistyczne, więc bez urazy. Czy filolodzy wynoszą się nad innych – trudno rozstrzygnąć, chyba i jedni, i drudzy mają swoje za skórą. Pozdrawiam, readeatslip.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s