Podsumowania miało nie być.
Po co to komu, poza tym łatwiej niczego już więcej nie zestawiać. Spojrzenie sobie głęboko w oczy i próba zbilansowania sukcesów i porażek na polu osobistym i zawodowym, które w moim nieumiarkowanym, neurotycznym wydaniu trwa co roku od listopada (urodziny) do pierwszych dni stycznia (kolumna szarych dni), powinny za każde inne spojrzenie sobie w oczy i bilansowanie wystarczyć.
Zmieniłam jednak decyzję pod wpływem jednego rzuconego właściwie od niechcenia pytania. Ach my, kobiety. Wnioski?
W tym roku przeczytałam sporo kiepskich książek.
Zdrada, pomyłka, cliffhanger, pardon. Może nie tyle kiepskich, co stojących na jednym, równym, średniowysokim poziomie. Tak dobrych, że aż kiepskich, bo nie wybitnych. Tak dobrych, że pamiętam ogólne uczucie po i pomimo miłych słówek, satysfakcji z lektury i nieżałowania straconego czasu drugi raz pewnie po większość z nich nigdy nie sięgnę. Tak dobrych, że gdy stanę przed regałem w towarzystwie jednego z trzech moich literackich proroków i padnie pytanie: Co nam Asia/ Janowicz polecasz, to mogę jedynie wzruszyć ramionami lub mocno się zacukać. Otóż: Wiele było przyjemności. Wiele fascynacji. Ale żadna nie była tak silna, by wyprzedzić wszystkie inne. Lub tę jedną, naczelną.
Oprócz tych trzech:
w kategorii Opowiadania: bezapelacyjnie Zbyt wiele szczęścia Alice Munro,
w kategorii Reportaże: bez wahania Po Syberii Colina Thubrona,
w kategorii Wielka powieść, no cóż, tak, Półbrat Larsa Saabye Christensena.
Zastanawiałam się, czy umieścić tu odpowiednio Raymonda Carvera, Julię Hartwig i Dona DeLillo, ale jednak jest tak, a nie inaczej. Serce – wszak ach, kobiety – zdecydowało.