Mały podły złośnik Canetti

Kto doskonalić chce swoje zdolności w używaniu ironii, szyderstwa i sarkazmu, powinien bezzwłocznie sięgnąć po „Party pod wojennym niebem” Canettiego. Dawno książki tak nasyconej szczerą, przenikliwą  złośliwością nie czytałam.

Elias Canetti, Party pod wojennym niebem

Inna sprawa, że cieniutka książeczka nie odraża tym. Ale też nie zachwyca. Na wzbudzenie zachwytu nie była jednak obliczona. Jej celem było przekucie w słowne monumenty i pomniejsze, liche pomniczki ludzi, których Canetti poznał w trakcie swojego długoletniego pobytu w Anglii. Nie chce stenografować opisów Anglii wojennej. Nie chce pisać o niej w jakimkolwiek kontekście historyczno-politycznym. Liczą się tylko spotkani ludzie.

W książce Canetti „tryska wyjaśnieniami” (jego słowa), spotyka się, co urasta do wykonywania zawodu niemalże, „uprawia Hölderlina” ze swoim gospodarzem,  ma kochanki i żonę. Poza tym jest krytycznym obserwatorem i „świadkiem chwały niejakiego Eliota”. Jako pisarz, którego „Auto da fé” nie zostało jeszcze wtedy przetłumaczone na język angielski, zaskakująco łatwo dostaje się w kręgi intelektualistów, pisarzy i filozofów. Mimo to czuje się ignorowany, czemu daje wyraz w swoich obserwacjach:

Nikt, kto siedział przy tym stole, nie miał prawa nigdy odczuć, że spośród wszystkich narodów cywilizowanych właśnie Anglicy najbardziej nie akceptują cudzoziemców. /s.92

Te dotykające go subtelne, quasi-dyplomatyczne aluzje Anglików, jakimi go raczyli na przyjęciach lub jakimi nawet go nie częstowali, mijając bez uwagi, pisarz przekuł w finezyjne złośliwostki dotykające jego najbliższych angielskich przyjaciół. Wszelkie swoje znajomości poddaje ciągłej próbie, z której nikt nie wychodzi obronną ręka. Nikt, oprócz żony, wobec której pozostaje milcząco lojalny (to ładnie). Tnie słowem swoją przyjaźń z Arthurem Waleyem, Aymerem Maxwellem, znajomość z Bertrandem Russellem czy romans z Iris Murdoch. Zwłaszcza potępia tę ostatnią:

Wczoraj opasła filozoficzna książka Iris Murdoch, jej nazwisko ogromnymi literami na okładce. Niestety, zajmowałem się tym tomem przez kilka godzin. Moja odraza do Iris wzrosła tak bardzo, że muszę tu kilka rzeczy powiedzieć. /s.140

I mówi. Między innymi, że

Uważam Iris za, by tak rzec, „nielegalną” pisarkę. Nigdy nie cierpiała z powodu, że musi pisać. Zachowała w sobie coś z uczennicy, nawet po dwudziestu czterech powieściach, a jeśli nie z uczennicy, to z nauczycielki, co w pisarzu jest dla mnie jeszcze mniej przyjemne.  /s.149

Przeczuwa się jednak, a i to samo przeczucie dzieli Jeremy Adler w posłowiu, że poświęcając jej tyle stron i wymierzając w nią każący palec sarkastycznej krytyki, traktuje ją znacznie poważniej, niż chciałby okazać. Swoim wyżywaniem się na jej twórczości osiąga jedynie to, że zwraca na nią uwagę.

Gdy nazywa ją „pisarką”, choćby nawet „nielegalną pisarką”, staje się jasne, że uważa ją za osobowość, za godną oponentkę. Przeciw tej kiedyś kochanej osobie, którą, jak sądził, znał tak dobrze jak siebie samego, występuje teraz z nieubłaganą konsekwencją, a nawet z okrucieństwem, tak jakby chciał dokonać rozbioru każdego włókna jej istoty. / Za Jeremy Adlerem, Posłowie, s.187

Oprócz podłości i ciągłej oceny, jakie serwuje przyjaciołom i przypadkowym znajomym, Canetti oferuje w „Party…” kilka fragmentów prozy bezpośrednio osobistej, w której dzieli się spostrzeżeniami na temat zawodu pisarza i jego sposobu życia.

Tym, czego nigdy nie nauczyłem się w życiu, nawet w Anglii, było planowanie czasu. Niektórzy ludzie żyją tylko po to, by to robić. Owo planowanie jest dla nich równie ważne albo ważniejsze niż otaczający ich ludzie, ba, ważniejsze nawet niż ich zwierzęta domowe. / s.153

A to, co chcemy mu zarzucić: że w niesympatyczny sposób szkaluje przyjaciół opisując ich jako zadufanych egoistów, zdrajców i lekkoduchów (wszak:

każdy człowiek skłania się ku szubrawstwu, którego z trudem sobie zabrania/ s. 162 ),

obraca w swoją zaletę, pisząc, że

Obchodziłem się z czasem rozrzutnie, gdyż nigdy, nawet tam, nie stałem się jego niewolnikiem, nie trwoniłem go, każda chwila, którą spędzałem z kimś, kto opowiadał mi o sobie, czyniła mnie otwartym i szczęśliwym, gdyż została mi dana umiejętność niepoprzestawania na sobie samym, i sądzę, że jest to prawdziwe szczęście: umieć być z innymi, a nie tylko z samym sobą, potrafić odejść od siebie, nic z siebie nie tracąc, ba, nawet prawie tego nie spostrzegając. / s.160

Cieszę się, że chociaż obcowanie z przyjaciółmi dawało mu szczęście. Ewidentnie myślenie o nich dawało mu zupełnie inne emocjonalne mieszanki…

Elias Canetti, Party pod wojennym niebem. Lata w Anglii (oryg. Party im Blitz. Die englischen Jahre)
Przełożyła Maria Przybyłowska
Wyd. Czytelnik, Warszawa 2005

About these ads

8 thoughts on “Mały podły złośnik Canetti

  1. Osobliwa lektura. Nie wiem, czy byłabym w stanie przez nią przebrnąć. Uwielbiam powieści Iris Murdoch – trudno mi przyjąć bez zmrużenia okiem takie złośliwości pod adresem jej pisarstwa. Może dają tu o sobie znać kompleksy autora? W ogóle jawi mi się on tutaj jako fenomenalny malkontent. :-)

  2. A ja polecam „Prowincję ludzką. Zapiski 1942-1972.” Tam jest Canetti pełniejszy, wszechstronniejszy, bardziej wielozanczny…

    Pozwolę tu sobie na dwa tylko cytaty (stamtąd):

    „Dobrze jest czasem nienawidzić siebie, ale nie za często; w przeciwnym razie trzeba większej nienawiści do innych, aby wyrównać nienawiść do siebie”.

    I może jeszcze jeden:

    „Każdy powinien dotrzeć do swojej fundamentalnej ascezy: moją byłoby milczenie.”

    1. Domyślam się, że tu pełnego obrazu Canettiego nie wyczytałam. Bardziej sprawiedliwy? Jak nazwać tę cechę, której się po nim mogłabym spodziewać? Bardziej wspaniałomyślny wobec innych – i siebie.

      Przywołane cytaty bardzo po myśli tej mojej nie-dopowiedzi. Dziękuję za nie.

  3. Pięknie świadectwo rzeczy dałaś i (OMG) zachęciłaś mnie do zgłębienia albo przynajmniej bliższego przyjrzenia się twórczości Eliasa Canettiego.

  4. Mnie bardzo rozbawil esej na temat przyjec, organizowanych przez Anglikow i… zaraz znajde cytat… o, jest! (str. 53):
    „Cala sztuka polegala na tym, zeby byc bardzo blisko innych, ale nie wyjawic o sobie niczego waznego.”
    Mam wrazenie, ze to sie nieco zmienilo, ale tez przebywam zawsze w towarzystwie miedzynarodowym, wiec moje doswiadczenia w zaden sposob nie sa reprezentatywne. Small talk w wersji angielskiej raczej opanowalam, przynajmniej w stopniu podstawowym, trudnosc sprawia mi przestawienie sie na tryb amerykanski, operujac tym samym przeciez jezykiem. Ten sam angielski, a jak inne uzycie slow, jak inne informacje sie przekazuje i z jak inna intonacja…

  5. mnie olsnil lata temu „ocalony jezyk” – a po nim nie moge odnalezc canettiego w canettim!

    „party pod wojennym niebem” nie bylam w stanie przeczytac w calosci – zgorzknienie autora nie j specjalnie seksowne. spodobala mi sie tylko jedna historia (to chyba stmatad?): o parze w odludnym zamku, kt najela jako butlera polskiego oficera. i wszytsko bylo dobrze, dopoki pan domu nie przydybal butlera w…sukni zony!

    dla mnie ta ksiazka to obnazenie prowincjonalnosci i kopleksow canettiego. jakby sobie pomieszkal w szwecji, to by uwazal, ze brytyjczycy to wzor wdzieku, serdecznosci i gadatliwosci… a mowienie zle o bylych kochankach to po prostu brak klasy. niestety!

    1. Tak, historia jest stamtąd. Tylko że w sukni przyłapała go żona, a mąż zwolnił i tak, w wyniku jakiegoś poza-sukienkowego kaprysu.

Możliwość komentowania jest wyłączona.