Siedem dni za szafą # 3

Tańczący z Kiwi

Pułkownik Kiwi kołysze się w biodrach w rytm muzyki i robi tak zwane głupie miny, jednocześnie wycierając blat baru żółtą ściereczką. Taboret, na którym stoi, trzeszczy i trzęsie się niebezpiecznie. Dla Pułkownika Kiwi to jednak nie pierwszyzna balansować na krawędzi. Pewnie gdyby taboret nie chwiał się, zmarkotniałby i przestałby kołysać biodrami.

Będąc sam na sam ze swoim poczuciem rytmu, Pułkownik Kiwi turla po głowie myśli ciężkie jak kule do kręgli. Jego myśli też mają otwory, jednak nie po to, żeby były bardziej poręczne, lecz z powodu ich wybrakowania.

„Jeśli Bóg widzi czubek mojej głowy z nieba, to czy szatan widzi tylko podeszwy moich stóp? W takim razie jestem bezpieczny od wszelkich diabelskich pokus – stoję na taborecie i w niebezpieczeństwie są tylko jego nóżki. On ma jednak gorzej: jest z drewna”.

Pułkownik Kiwi kołysze już nie tylko biodrami, ale gnie też swoje ramiona i gimnastykuje szyję. Liczy na to, że ułatwi to przewracanie się myśli w jego głowie. Myślom to jednak nie pomogło, za to jego oczom przyniosło profit w postaci zobaczenia swojego niewyraźnego odbicia w lustrze wiszącym nad barem. Pomiędzy butelkami z różnymi rodzajami wódek zobaczył swoje podrygujące nogi w brązowych spodniach ze sztruksu, wyłamujące się jak te stołowe i jak one solidne, grube, krótkie, co dodatkowo pogłębiał miękki materiał spodni w szerokie bruzdy (Pułkownik Kiwi nie lubił drobnego sztruksu, gdyż nie lubił wąskich szczelin w ogóle). Nad grubymi, dziwnie szybko kończącymi się udami, migającymi między butelkami z ginem i martini, zobaczył koła wykonywane przez swoje nieproporcjonalnie wąskie biodra (których nie lubił, lecz które były lubiane przez panie). Między alkoholami z najwyższej półki giął się jego mini-kiwi-korpus. Butelka z calvadosem była dłuższa niż jego tors. Nad tym wszystkim królowała głowa z gęstymi brązowymi loczkami, w których pod wpływem muzyki uaktywniała się zdolność do odśrodkowego sprężynowania. Hipnotycznie zielone oczy błyskały w niedalekiej odległości od absyntu – prawdę mówiąc, te oczy były w ciągłej korespondencji z psychodelicznym trunkiem. Na sterczącym zabawnie nosie siedziały modne oprawki okularów, zza których rzucał teraz próbne spojrzenia a la James Bond. Pułkownik Kiwi giął się z rosnącą przyjemnością: lubił na siebie patrzeć. Był najbardziej pociągającym facetem na świecie – nikt z nim nie mógł konkurować. Uśmiechnął się z zadowoleniem do lustra błyskającego pomiędzy butelkami. Popatrzył na siebie bokiem. Postawił kołnierz koszuli na karku i przegiął się chcąc zaprezentować swój tyłek lustru.

Tej dawki próżności taboret już nie przeżył, czy to z powodu zbliżających się ognistych języków piekieł u swoich stóp, czy z powodu zwyczajnej utraty resztek cierpliwości, zaskrzypiał przeciągle, zachybotał chybko i zrzucił Pułkownika Kiwi w całej jego krótkości na ziemię.

Jak przystało na karła, Pułkownik Kiwi poleciał na pysk i zrobił plask.

2 komentarzy to “Siedem dni za szafą # 3”

  1. rozumiem, że Pułkownik Kiwi skarlał dla literatury miniaturowej, ale czy zostanie podniesiony z upadku?
    poczekam:)

  2. Pułkownik Kiwi może i jest niewielki, ale podnieść się z podłogi potrafi sam.
    Co udowodni już w przyszłym tygodniu. ;o)

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Gravatar
WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 147 other followers