Świat opisany w książce „Miasto i psy” Mario Vargas Llosy przypomniał mi przygody Mikołajka wykreowanego 40 lat temu przez panów Sempe i Goscinny.
Wiadomo, że powaga sytuacji bohaterów Llosy, zamkniętych w internacie elitarnej szkoły kadetów, jest diametralnie różna od bawiących się w szkole francuskich małych chłopców. Jest jednak podobny absurd zachowań – absurd z punktu widzenia czytającej książkę kobiety – wszystkie te rywalizacje, duma, przepychanki, zemsty, przemoc, przechodzenie od słów do pięści, do których dochodzi w zamkniętym męskim gronie. Odizolowane środowiska męskie, niezależnie od wieku ich uczestników, mają powtarzalne cechy. Żaden chłopiec / mężczyzna nie przejdzie do porządku dziennego, jeśli się go obrazi. Bach, z pięści w nos, jeśli jest się bitnym małym Euzebiuszem, a jeśli jest się Jaguarem, to z byka w brzuch. Żaden chłopiec /mężczyzna nie może być gorszy od innych – musi wieść w czymś prym i basta, inaczej lekceważy się go i nim się pomiata. Ta sama specyficzna atmosfera jest w książkach o chłopcach / mężczyznach. O ile wśród małych chłopców kopiących piłkę jest sympatyczna i akceptowalna przymrużeniem oczu, o tyle dorastający młodzi mężczyźni są już groźni i tylko parę kroków i nieuwaga opiekunów dzieli ich od zostania mordercami. Podobnie w obu książkach jest opisywany ostracyzm wobec wzgardzanych, podobnie zawiązują się alianse i przyjaźnie. Zadziwiające, jak podobne są te książki tak przecież z zamierzenia różne: jedna zabawna, przeznaczona dla dzieci, bogato i pięknie ilustrowana, o małych Francuzach w krótkich portkach i podkolanówkach; druga o peruwiańskich, zbuntowanych młodzieńcach, którzy bliżsi są już swojego ostatecznego ukształtowania, ale wciąż mięccy są i podatni na wszelkie wpływy zewnętrza. O oczywistych skojarzeniach z chłopcami z „Władcy much” Williama Goldinga nawet nie wspominam. Rozwój myśli w kierunku wydartych mamom Mikołajkach stających się wojowniczym plemieniem na bezludnej wyspie, by ewoluować w klimat napuchniętych, wrogich koszar jest aż nadto skwapliwa i podkładająca się.
W książce Llosy, któremu oby kiedyś też i Nobel spadł, bo chłop zasłużył, jeszcze jedno dokłada się do moich zdumień. Fakt, że tę grubą, dopracowaną i inteligentną książkę zaczął pisać Peruwianin w wieku 23 lat i skończył po upływie trzech. Różnorodne doświadczenia, które zebrał w trakcie nauki w podobnej do opisywanej szkole, bystra obserwacja i umysł doprowadziły do powstania książki, której nie powstydziłby się żaden dojrzały (dojrzały? Co to zresztą znaczy? Kiedy nim się zostaje?) pisarz, czterdziesto- i pięćdziesięciolatek. A niektórzy nawet po osiągnięciu tego wieku nie zdołali napisać równie dobrej powieści. Nieznane są drogi, którymi chodzi talent.
—
Mario Vargas Llosa, Miasto i psy (oryg. La ciudad y los perros)
Przełożył Kazimierz Piekarec
Wydawnictwo Znak, Kraków 2009

















