Kanały:
Wpisy
Komentarze

Świat opisany w książce „Miasto i psy” Mario Vargas Llosy przypomniał mi przygody Mikołajka wykreowanego 40 lat temu przez panów Sempe i Goscinny.

M. V. Llosa "Miasto i psy"

Wiadomo, że powaga sytuacji bohaterów Llosy, zamkniętych w internacie elitarnej szkoły kadetów, jest diametralnie różna od bawiących się w szkole francuskich małych chłopców. Jest jednak podobny absurd zachowań – absurd z punktu widzenia czytającej książkę kobiety – wszystkie te rywalizacje, duma, przepychanki, zemsty, przemoc, przechodzenie od słów do pięści, do których dochodzi w zamkniętym męskim gronie. Odizolowane środowiska męskie, niezależnie od wieku ich uczestników, mają powtarzalne cechy. Żaden chłopiec / mężczyzna nie przejdzie do porządku dziennego, jeśli się go obrazi. Bach, z pięści w nos, jeśli jest się bitnym małym Euzebiuszem, a jeśli jest się Jaguarem, to z byka w brzuch. Żaden chłopiec /mężczyzna nie może być gorszy od innych – musi wieść w czymś prym i basta, inaczej lekceważy się go i nim się pomiata. Ta sama specyficzna atmosfera jest w książkach o chłopcach / mężczyznach. O ile wśród małych chłopców kopiących piłkę jest sympatyczna i akceptowalna przymrużeniem oczu, o tyle dorastający młodzi mężczyźni są już groźni i tylko parę kroków i nieuwaga opiekunów dzieli ich od zostania mordercami. Podobnie w obu książkach jest opisywany ostracyzm wobec wzgardzanych, podobnie zawiązują się alianse i przyjaźnie. Zadziwiające, jak podobne są te książki tak przecież z zamierzenia różne: jedna zabawna, przeznaczona dla dzieci, bogato i pięknie ilustrowana, o małych Francuzach w krótkich portkach i podkolanówkach; druga o peruwiańskich, zbuntowanych młodzieńcach, którzy bliżsi są już swojego ostatecznego ukształtowania, ale wciąż mięccy są i podatni na wszelkie wpływy zewnętrza. O oczywistych skojarzeniach z chłopcami z „Władcy much” Williama Goldinga nawet nie wspominam. Rozwój myśli w kierunku wydartych mamom Mikołajkach stających się wojowniczym plemieniem na bezludnej wyspie, by ewoluować w klimat napuchniętych, wrogich koszar jest aż nadto skwapliwa i podkładająca się.

W książce Llosy, któremu oby kiedyś też i Nobel spadł, bo chłop zasłużył, jeszcze jedno dokłada się do moich zdumień. Fakt, że tę grubą, dopracowaną i inteligentną książkę zaczął pisać Peruwianin w wieku 23 lat i skończył po upływie trzech. Różnorodne doświadczenia, które zebrał w trakcie nauki w podobnej do opisywanej szkole, bystra obserwacja i umysł doprowadziły do powstania książki, której nie powstydziłby się żaden dojrzały (dojrzały? Co to zresztą znaczy? Kiedy nim się zostaje?) pisarz, czterdziesto- i pięćdziesięciolatek. A niektórzy nawet po osiągnięciu tego wieku nie zdołali napisać równie dobrej powieści. Nieznane są drogi, którymi chodzi talent.

Mario Vargas Llosa, Miasto i psy (oryg. La ciudad y los perros)
Przełożył Kazimierz Piekarec
Wydawnictwo Znak, Kraków 2009

Umberto Eco, Zapiski na pudełku od zapałek

Leżący na biurku, przeczytany już dwa tygodnie temu zbiór felietonów Umberto Eco – “Zapiski na pudełku od zapałek” – czeka na swój wpis na blogu  cierpliwie. Zbyt cierpliwie, jak na felietony, które mają przecież poruszać, bawić, kipieć humorem i ironią. Mój brak zapału do pisania o Eco ma swój początek właśnie w niedostatku oczekiwanych od najlżejszej formy publicystycznej cech. Mimo że felietony są napisane sprawnie i z polotem, nie ma w nich siły, która kazałaby im zapisać się na dłużej w pamięci. Po dwóch tygodniach o publicystyce Eco pamiętam jedynie, że jej lektura była  nie gorsza niż kostka czekolady – ale niczym więcej. Nie umywa się Eco do rozpędzonego w szyderstwie Jerzego Pilcha, gdy ten jest w dobrej formie.

Konsekwencja, by wszystkie felietony tytułować a la poradnik (“Jak być Indianinem”, “Jak mówić o zwierzętach”, “Jak rozpoznać film porno” etc.), na początku podoba się, ale pod koniec książki i to już nie zaskakuje, ergo nudzi.

Finalnie, z całej książki najbardziej podobał mi się przewrotny projekt okładki. Biedny Eco.

Umberto Eco, Zapiski na pudełku od zapałek (oryg. Il secondo diario minimo)
Przekład Adam Szymanowski
Wyd. Historia i Sztuka, Poznań 2005

bloglit

Z prawdziwą przyjemnością dzielę się tą informacją z Wami: Poczytalnia została wyróżniona w konkursie Literacki Blog Roku 2009, organizowanym przez przedstawicieli serwisu Allegro.pl, redakcję wortalu literackiego Granice.pl oraz Wydawnictwo MG.

Wielką radość przyniosły mi słowa Sławomira Krempy, redaktora naczelnego Granice.pl, uzasadniające przyznanie mi wyróżnienia regulaminowego:

- Joanna Janowicz jest niemal równie dobrą badaczką literatury [co Jarosław Czechowicz, autor Krytycznym okiem - przyp. wł.], w jej blogu jednak zwracamy uwagę przede wszystkim na styl i ogromną pomysłowość. Teksty publikowane w obrębie blogu to literackie impresje, cudownie lekkie dykteryjki i felietony związane z konkretnymi lekturami. Janowicz pisze o książkach  często o wiele bardziej ciekawie i sprawnie, niż ich autorzy.

Zwłaszcza to ostatnie zdanie szczególnie mnie urzeka…

Za otrzymane wyróżnienie jeszcze raz dziękuję serdecznie jury i organizatorom, a pozostałym laureatom gratuluję. Mam nadzieję trzymać poziom i nie zamienić się w drętwego felietonistę, który tylko dygocze i skrzeczy, że brak mu tematu.

Więcej informacji na temat konkursu można przeczytać tutaj.

Przedwyjazdowe dylematy zaowocowały podjęciem kontrowersyjnej decyzji o zabraniu dwóch książek. Skutki podróży są następujące: dwie osoby przeczytały „Po zmierzchu” Haruki Murakamiego, jedna osoba „Zapiski na drugiej stronie pudełka od zapałek” Umberto Eco i jedna „Czarownice z Eastwick” Johna Updike’a.

Wszystko zaczęło się od tego, że uparłam się zabrać odradzaną wszędzie książkę Murakamiego. Była lekka i niegruba, nie wymagała pozbawionego turbulencji nabożnego skupienia i wiąże się z pewnym projektem, który teraz realizuję. Lekkomyślnością byłoby jednak zabrać na cały tydzień tylko jedną książeczkę. W takich okolicznościach wpadł mi w oko pewien Włoch… Umberto Eco pasował do destynacji podróży, oferował krótkie a (ponoć) cięte felietony, a ja przepadam za dobrze skrojonymi felietonami, oraz miał tę niesamowitą okładkę w intensywnych różowych kolorach, którą czyta się w poziomie (naprawdę świetnie to wygląda).

Lot z Poznania do Rzymu trwa około dwóch godzin, więc po tym, jak zniknęły budynki i nocne krajobrazy za małym okrągłym okienkiem, cóż było robić? Sięgnęłam po jedną książkę, a Tomek, który nie chciał szperać w swoim bagażu, zabrał się za moją lekturę zapasową. Tak więc zostałam z jego Updike’iem w odwodzie.

- Już drugi raz siedzę w samolocie obok kogoś, kto czyta „Po zmierzchu” Murakamiego – stwierdził Tomek, na moment zamyślił się i podrapał po lewej kieszonce koszuli, a potem zapadło buczące silnikiem milczenie i czytaliśmy.

***

"Po zmierzchu" H. Murakami

"Po zmierzchu" H. Murakami

O „Po zmierzchu” napisano już wiele i nie chcąc oddawać się niezdrowym zwyczajom redundancji (kto z nas lubi, gdy przypomina mu się czkawką obiad w porze podwieczorku?), dodam tylko, że wolę Murakamiego-grubasa. W opowiadaniach i krótszych fabułach, choć sprawny, zawodzi brakiem rozmachu. Wciąż nieprzewidywalny, mieści się jednak w granicach przeczuć i standardów. Ot, zwyczajna historia: jedna siostra śpi snem królewny, a druga w tym czasie spędza noc poza domem czytając, pijąc kawę i służąc pomocą. Nic niezwykłego, prawda? Z drugiej strony jest w biegającym Japończyku element urzekający. Czar dobrej wróżki-opowiadacza, który piastuje naszą uwagę z matczyną czułością i nie pozwala jej upaść na podłogę. W tej opowieści urzeka  sposób narracji. Czytelnik staje się punktem widzenia, okiem kamery, obserwatorem, a przez to w jakiś niewyjaśniany sposób – świadkiem czy nawet uczestnikiem wydarzeń. Prawdę powiedziała pierwsza osoba, która tę książkę nazwała gotowym scenariuszem filmowym. Innym, w tym mnie, pozostaje tylko iść tropem Indianina, za człowiekiem, który sformułował ten sąd.

Czarownice-z-Eastwick

"Czarownice z Eastwick" J. Updike

Nie opuszczając powołanego tutaj słowem do życia Indianina, pójdźmy za nim na mokradła Lenoxów w Eastwick, gdzie stał stary opuszczony dom. To właśnie  w jego okolicach spotkałam po raz pierwszy Johna Updike’a. Wielokrotnie wynoszony pod niebiosa przez recenzentów prasowych i, że tak powiem, tutejszych, amerykański pisarz nie wywarł na mnie aż tak wstrząsającego wrażenia, choć i nie zawiódł mnie tak, jak mógł. Generalnie o pisarzach amerykańskich sądzę, że są mocno przereklamowani, a ich sława to efekt rozdmuchanego marketingu, który – jakby nie patrzeć – w USA wynaleziono.  Amerykańskich autorów sprawdzam pod względem potwierdzania mojej tezy lub jej obalenia. Dodajmy, że jestem prawdziwie zachwycona, jeśli moja opinia zostaje przetrącona i zbezczeszczona. Niestety, zdarza się to bardzo rzadko.

O moim braku zaskoczenia w przypadku „Czarownic z Eastwick” Updike’a zadecydować mogło to, że na długo przedtem, zanim przeczytałam książkę, widziałam jej filmową adaptację z Cher, Michelle Pfeiffer, Susan Sarandon i Jackiem Nicholsonem w rolach głównych. Historię trzech czarownic, młodych rozwódek na prowincji, które spotykają tajemniczego, rubasznego i nieokrzesanego mężczyznę, już znałam. Nie znałam tylko środków epickich Updike’a, a to właśnie one najsilniej oddziałują w opisach społeczeństwa i jego poszczególnych członków (to ostatnie często bardzo dosłownie). Oprócz złośliwości i trafnych obserwacji, Updike szafuje również giętkimi dialogami i ostrożnie, lecz z maestrią buduje nastrój miasteczka, hulanek w rezydencji czy ledwo dostrzegalnych zmian w relacjach między przyjaciółkami. Wspaniale wczuwa się również w psychikę kobiet, co u mężczyzny jest z zasady pełne niedociągnięć. Reasumując, towarzystwa Updike’a, choć to Amerykanin, będę jeszcze poszukiwać. Mam nadzieję, że okaże się mniej czarodziejski, ale pozostanie diabelnie spostrzegawczy.

Haruki Murakami, Po zmierzchu (oryg. Afutadaku)
Przekład Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2007

John Updike, Czarownice z Eastwick (oryg. The Witches of Eastwick)
Przekład Katarzyna Bogucka-Krenz
Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008

Być rzymianinem to wcale nie taka prosta sprawa. Z pozoru wydawać by się mogło, że na początek wystarczy zostać Portugalczykiem i ubrać elegancki płaszcz, ale kto zaspokoi się tym odkryciem, ten niezasłużenie spocznie na laurach.

Rzymianin to Portugalczyk, który posiada szczątki tarczy. Łatwo daje się to zauważyć w słoneczne dni, których szczęśliwa obfitość otoczyła nas we Włoszech. Wystawieni o każdej porze na działanie największej żarzącej się nad naszą błękitną planetą gwiazdy, romaniści zdają się nie mieć żadnych innych obowiązków poza krążeniem od jednego baru kawowego do następnego, wykwintnie obuci i opatuleni szalami i zimowymi płaszczami (przy temperaturze polsko-wiosennej: 20 stopni C). Gdzie się jednak podziały te wspomniane przeze mnie wcześniej tarcze?

DSCF0582

rzymianie przebrani za Rzymian (fot. JJ)

Jak wie każdy słuchacz historii starożytnej, istniało porzekadło: wrócić z tarczą lub na tarczy. Oznaczało jedyną możliwą alternatywę dla walecznego mężczyzny w czasach antycznych: zwyciężyć lub umrzeć walcząc. Współczesny rzymianin to człowiek kompromisu, który postanowił nie walczyć, ale nie tylko wrócić z tarczą, ale i za tarczą wciąż się chować. Tarcza zmniejszyła się z rozmiarów skorupy człowieczego żółwia do małych, tęczowo mieniących się szybek noszonych na oczach, ale funkcja pozostała ta sama: skryć się tak, aby inni nas nie widzieli, za to ich widzieć przejrzyściej i tym bystrzej reagować. Dodatkowo tarcza posiada tę pozytywną właściwość, że nie pozwala zdzielić się słońcu po, przepraszam za wyrażenie, fizys. Należy również rozróżnić okulary słoneczne od miniaturowych tarcz rzymskich. Mimo że tarcza uległa zmniejszeniu w przelewającym się  przez wieki, jak płyny ustrojowe, czasie, jednak nie na tyle, by na pierwszy rzut oka  nie spostrzec, że rzymskie szkła nie mają sobie równych wśród wszelkich innych: lśnią bardziej i ściślej, dokładniej przylegają do kości policzkowych. Co ważne i kluczowe dla początkującego poszukiwacza mikro-tarcz: często pozbawione są oprawek.

Oprócz teorii tarczy, powstała również teoria spodni. Jednak aby w pełni posiąść moc jej zrozumienia, trzeba stać na jednej nodze, trzymać równowagę z dzierżonym w rękach aparatem fotograficznym, wypić dużo tych malutkich kawek, a to wszystko koniecznie z bolącymi i podrygującymi od zwiedzania łydkami. Jako że nie podejrzewam żadnego z czytających te słowa o spełnienie niecnych mych wytycznych, przechowam tę teorię na lepsze czasy. Na czasy powtórnej częstej małej czarnej pitej na każdym rogu.

Ostatnie chwile przed wyjazdem przeznaczam na podjęcie najważniejszej decyzji: co wziąć do czytania? Czy we Włochy zatopić się totalnie, czy też od nich się lekturą odciąć dla kontrastu? Biorąc pod uwagę pierwszą alternatywę, nader odpowiedni wydaje się być Umberto Eco i jego felietony, ale biorę też pod uwagę “Na oślep” Magrisa; z drugiej strony “Po zmierzchu” Murakamiego czytałoby się niezawodnie dobrze, a “Life of Pi” Yanna Martela czeka na swoją kolej od pewnego czasu. Wybór jest trudny, bo i lista wymagań zróżnicowana:

  1. Objętość książki i jej rozmiary: niekojarzące się trylogicznie, pasujące do obrazu lekkiego, podręcznego bagażu, który ma spędzać ze mną całe dnie
  2. Nieprzeintelektualizowana przyjemność czerpana z dorywczej lektury
  3. Jednak nie aż tak, abym książkę przeczytała już w samolocie…

Nim całkowicie pogrążę się w moich literackich dylematach, nawiążę do mojego tytułowego pytania. Nie miałabym nic przeciwko, aby zostać rzymianką. Jak zostać prawdziwym rzymianinem? Czy wystarczy li i tylko w Rzymie zamieszkać? Czy trzeba spełniać formalne wymogi (wyobrażam sobie to jako tabelę z listą cech idealnego kandydata na rzymianina)? A może trzeba w odpowiedni sposób wiązać sznurowadła? Kto to wie. Pomysł o posiadaniu białej togi i pasujących sandałów (a to większości nasuwa się na myśl o rzymianinie) skreślam z góry.

Będę usilnie starać się znaleźć odpowiedź na to naczelne pytanie. Jako, że wydaje się to dość absorbującym zajęciem, uprzedzam lojalnie, że mogę w najbliższym czasie na pełnym morzu blogosfery nie dryfować. Jeśli jednak środki lokomocji naziemnej i powietrznej nie zawiodą, możecie się mnie, drodzy Czytelnicy, spodziewać w okolicach przyszłego wtorku. Do tego czasu życzę Wam jak najwięcej przyjemnych chwil (tych związanych z literaturą, ale nie tylko) i mówię Wam serdeczne

arrivederci!

Jaki jest Orhan Pamuk, każdy już niemal wie. O jego książce „Dom ciszy” niewiele mogę dodać, oprócz potwierdzenia, że czyta się ją wyśmienicie i bez zadr.

"Dom ciszy" Orhan Pamuk

"Dom ciszy" Orhan Pamuk

W małym miasteczku Cennethisarze, znajdującym się w odległości 50 minut drogi od Stambułu, stoi stara, prawie opustoszała kamienica: trzeszcząca schodami, oddychająca kurzem, zatopiona w tytułowej ciszy. Mieszka w niej starsza pani ze swoim służącym karłem. Pomiędzy jednym warknięciem a ciągłym utyskiwaniem jaśniepani, dowiadujemy się, że niedługo przyjadą do niej w odwiedziny wnuki: docent historii, studentka socjologii i marzący o spełnieniu amerykańskiego snu uczeń. Zetknięcie różnych spojrzeń na przeszłe i obecne wydarzenia, zestawienie różnych potrzeb i oczekiwań daje obraz rozwoju tureckiej rodziny na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Skrywane dawne tajemnice i niezagrzebane żale stają się przyczyną  współczesnych, zaskakujących zdarzeń.

Pamuk znów wyciągnął swoje ulubione narracyjne lusterka, którymi tak lubi puszczać zajączki na kartach powieści: wydarzenia przedstawiane są w kolejnych rozdziałach przez różnych bohaterów. Efektem tego zabiegu jest rozszczepienie perspektywy na wiele argusowych oczu i tym samym mozaika prawd ludzi o sobie samych skonfrontowana z tym, jak tę prawdę o nas widzi najbliższe otoczenie. W przeciwieństwie do ciszy zadomowionej w kamienicy, serca i myśli bohaterów ani na chwilę nie milkną, artykułując słowa ambicji, zazdrości, miłości, wspomnień, żalu, złości. Zabawne, ale tylko z punktu widzenia czytelnika, jest śledzenie historii męskich potomków w rodzinie, którzy nie znając się bezpośrednio, dążą do tego samego celu. Widać, że aspiracje pisarskie i badawcze przekazywane są genetycznie z ojca na syna. Gdyby jaśniepani miała tego świadomość, poczułaby się jeszcze bardziej rozgoryczona i zgorzkniała, niż jest…

Rozgaduję się tu już jednak zanadto. Główną przyjemnością czerpaną z lektury „Domu ciszy” jest niepewność tego, co się wydarzy i nieznajomość kolei losów bohaterów. Melancholijny krajobraz tureckiego miasteczka i jego hurra-turystyczny rozwój, zmiany w poglądach religijnych i stylach życia, wzajemne relacje między bohaterami, paradoksy ich stosunków i niedopowiedzeń, które stają się brzemienne w znaczenia – to wszystko trzeba samemu stopniowo, z kartki na kartkę odnajdywać. Jak w dobrym kryminale, napięcie rośnie w miarę zagłębiania się w historię. Wypada zatem postawić tylko kropkę i zamilknąć, co też niniejszym czynię.

—-

Orhan Pamuk, Dom ciszy (oryg. Sessiz Ev)
Przełożyła Anna Akbike Sulimowicz
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Z Bruce’m Chatwinem mam nie lada problem: chętnie bym z nim dokądś pojechała, ale nie zawsze równie entuzjastycznie reaguję na jego reportaże. Dlaczego „What Am I Doing Here” nie zasługuje na stojący aplauz, a dorabia się kilku pozytywnych oznaczeń na marginesach?

Bruce Chatwin, "What Am I Doing Here"

Bruce Chatwin, "What Am I Doing Here"

Jak wiadomo nie od dziś, w życiu dobre są tylko chwile, na dodatek raczej te, których jeszcze nie znamy. Podobnie w tym zbiorze reportaży, relacji, portretów i esejów angielskiego reportera. W swoich tekstach nie odkrywa on Ameryki, nie jest mistrzem zapierających dech w piersi opisów, nie przoduje w kreśleniu zaskakujących dialogów. Zabiera nas do Chin, Peru, Rosji, Francji, Ghany. Elokwentnie opowiada historię nomadów i przekonywująco wyjaśnia, dlaczego człowiek w podróży jest szczęśliwszy niż osiadły. Bezboleśnie poszerza naszą wiedzę o pisarzach, reżyserach i rynku sztuki. Pisze o ludziach, których spotkał: tych znanych, jak Indira Gandhi czy nieznanych (np. swojej przyjaciółce, z którą wybrał się na drinka). Opisuje ich przez pryzmat otoczenia domowego, jak w przypadku architekta Konstantina Mielnikowa, lub w trakcie pracy, tak jak nakreślił sylwetkę Marii Reich na tle pampy Peru, gdzie prowadziła badania. Widzi niemal w kapciach Andre Malraux, Wernera Herzoga czy Nadieżdę Mandelsztam.

Mimo że Chatwin sili się na pisanie esejów, najczęściej daleko mu do mistrzostwa świata. Jego teksty są zbyt długie, monotonne i poważne. Nie oznacza to jednak, że na Chatwinie jako pisarzu należy postawić krzyżyk. Nic z tych rzeczy. Na Chatwinie trzeba umieć się poznać, dać mu czas i poczekać, aż od niechcenia, jakby przypadkowo, nie przemyśliwując zbyt wiele, sypnie anegdotą. Anegdota to jest forma przyjazna Anglikowi, którego życie przypomina anegdotę. Wystarczy wspomnieć, jak telegraficznie poinformował pracodawcę w Sotheby’s, gdy ruszył w świat: „Wyjechałem do Patagonii”.

Krótka historia pisana jako ilustracja lub jako tło sytuacji są jego perełkami. Charakterystyczne postaci drugoplanowe (takie jak przewodnik, który każdą wypowiedź zaczyna od słów „I have something to say” i kwituje ”This is all I have to say”), błyskotliwe przemyślenia i pointy – widać, że przebywanie z Bruce’m jest wesołe i nieskrępowane niezręcznością sytuacji. Stać go na podzielenie się „zielonymi myślami w zielonym cieniu”. Uważa, że chodzenie to nie tylko terapia, ale również poetycka czynność, za pomocą której można uleczyć całe zło świata. Ponadto nie tylko deklaruje, ale i aktywnie manifestuje, że domem człowieka jest droga, a życie to piesza podróż.

Całkowicie naturalny w każdej sytuacji, na pewno był człowiekiem, z którym sympatycznie spędza się czas. Szkoda, że ta cecha nie zawsze przekłada się na jego utwory.

Książkę podarowała mi wspaniałomyślnie Chihiro, za co jeszcze raz bardzo Jej dziękuję.

Bruce Chatwin, What Am I Doing Here
Vintage Books, London 2005

polskie wydanie:
Bruce Chatwin, Co ja tu robię
Państwowy Instytut Wydawniczy, 2006

Nawiązując do wpisu poczynionego przez właściciela bloga tookno, w którym tenże poszerza rzeczywistość o dumania i snucia różowego inteligenta, Eguna, przyznaję, że i we mnie nastanie jesieni wywołuje konieczność poczynienia podsumowania i zaczęcia wszystkiego od nowa. Przyczyn tego odruchu doszukuję się w uczniowskiej przeszłości, która w przeciwieństwie do Egunowej nie poszerza rzeczywistości (najczęściej), a ją zawęża.

Szkoła ciągnie się latami, przyzwyczaja nas do wyewoluowania w porządek rzeczy i narzucony ordnung. Pewnego dnia nagle się kończy i nikt człowieka nie ostrzega, że tak będzie. Nikt nie pre-informuje, że w człowieku tworzy się dziura do zapchania innym ładem i zbyt odsłonięta szyja domaga się duszenia nowym rodzajem szalika.

Gdy przeszedł wrzesień, a nade mną nie wisi żadna obelga tzw. pały; gdy nastał październik i nie muszę troską o kolejny sprawdzian (czy wyższą jego formę, kolokwium) malować czoła, pozostaje tylko goły chodnik z rozdmuchanymi liśćmi i wolność kroków.

Na szczęście, nie tylko Dobromir ma głowę pełną pomysłów.

*

Zadałam sobie pokutę. Przyznaję, że nie byłam z Wami, drodzy Czytelnicy, całkowicie szczera. Nie wywlekałam na światło dzienne wszystkich moich brudnych grzeszków niedoczytania. Za wszystkie te pokrycia milczeniem przepraszam i serdecznie żałuję. Tej jesieni obiecuję poprawę i dokończenie lektury następujących książek:

  1. “Moby Dick” Herman Melville
  2. “Listy van Gogha do brata” Vincent van Gogh
  3. “Rozmowy z Pedro Almodovarem”
  4. “Ziele na kraterze” Melchior Wańkowicz
  5. “Weź moją duszę” Yrsa Sigurdardottir
  6. “Spuścizna” Isaac Singer

Ze zgrozą spostrzegam, że niektóre z tych książek w karze zawieszenia trwają już latami. W okrucieństwie swojego niezdecydowania narzucam im niekomfortową kondycję pomiędzy regałem a stolikiem, słowem: nigdzie. Doprawdy, niegodna jestem żadnej nowej książki, póki tymi się nie zajmę.

No, oprócz “Domu ciszy” Orhana Pamuka, bo niesamowicie wciąga. I może tego Claudio Magrisa “Na oślep”, przecież to przygotowania do wakacji… Tak – i tak to się toczy…

-

PS. Jak myślicie, kim został pomysłowy Dobromir, gdy dojrzał i stał się dużą truskawką?

Max Frisch, "Sinobrody"

Max Frisch, "Sinobrody"

Maksa Frischa poznałam w liceum. W zielonej, twardej okładce leżał wśród innych książek, całkowicie niepozorny. Po tytule „Stiller” nie można było niczego zgadnąć, zwłaszcza że pierwsze zdanie mu zaprzeczało: „Nie jestem Stillerem” – zaklina się tam główny bohater.

Sympatia do tego szwajcarskiego pisarza ma dłuższą historię niż większość moich przyjaźni. Jest to relacja oparta na (jednostronnym) zaufaniu i umiejętności słuchania, co chirurg słowa ma do przekazania. Robię to z niezmiennie tym samym zaangażowaniem: czy mam do czynienia z historią Stillera, czy z „Homo Faber”, czy z „Powiedzmy, Gantenbein”. Spotkanie z „Sinobrodym” – zbiorem opowiadań napisanych w różnych okresach – było naturalną kontynuacją długoletniej tradycji.

W prozie Frischa już przed laty polubiłam precyzyjny, prosty język, skory do poważnej ironii i stawiania w wątpliwość wszystkiego, co zostało powiedziane. To, co decyduje o sile jego słów, to ani metafory, ani porównania. W swoich utworach nie porusza tematów oryginalnych czy wykraczających poza codzienność przeciętnego człowieka. Jego bohaterowie nie różnią się specjalnie od nas czy od naszych znajomych. Nie są geniuszami, bogaczami ani zasklepionymi samotnikami. Normalni ludzi i ich zwyczajne bolączki przedstawia jednak  ten przewrotny humanista w sposób nietypowy. Jest jak Leonardo da Vinci, który otwiera perspektywę tak zwyczajnie, jakby to była tylko kolejna butelka wina. Frisch nie boi się zanadto przekrzywić głowę, aby ukazać sprawy pod innym kątem.

W zbiorze „Sinobrody” najbardziej upodobałam sobie krótsze formy. „Żyd z Andory” ośmiesza stereotypy. W „Burlesce” wykpiwa łatwowierność i nieumiejętność podjęcia decyzji – robi to jednak z sympatią, nie naigrywa się z bohatera o dobrym sercu, którego dom zagrożony jest pożarem. W „Schinz. Szkic,”, „Złotniku” i „Śnie aptekarza z Locarno” porusza temat skrytej samotności, która tym jest gorsza, im bardziej niedostrzeżona przez kochanych bliskich. Bohater „Statyki”, profesor na wydziale architektury, uświadamia sobie na starość, że „tego też nie wiedział”, by w końcu zwątpić w całą wiedzę, jaką kiedykolwiek posiadł i przekazał.

Te krótkie, smutne historie, pocięte rytmicznie słowem, są jak kostki lody spływające wzdłuż kręgosłupa. Zamiera się, by w natężonej, łapczywej uwadze połykać dreszcz każdego wyrazu, aż do samego końca. Przerażająco prawdopodobne i wstrząsająco absurdalne trzymają w napięciu, jak mistrzowski kryminał, choć opowiadaniem kryminalnym można określić jedynie „Sinobrodego” – najdłuższy utwór w zbiorze, który jednocześnie wydaje się jednym z gorszych w książce, zresztą może tylko przez kontrast – bo wydaje się zbyt długi?

Przy opowiadaniu „Człowiek w holocenie”, ostatnim w tej publikacji, zaczęłam się nudzić, niemniej Max Frisch i ja pozostajemy nadal w wielkiej przyjaźni. Moje zaufanie nie zostało zawiedzione, a to, czego dowiedziałam się od przyjaciela, zapadło mi w pamięć.

Max Frisch, Sinobrody (oryg. Blaubart)
Wybór i przekład: Krzysztof Jachimczak
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Starsze wpisy »